To miał być mecz, od którego ŁKS rozpocznie wędrówkę w górę tabeli. Przemawiało za tym wiele argumentów. Cracovia nie wygrała z „Rycerzami Wiosny” w Łodzi od 1962 roku. Podopieczni Jacka Zielińskiego słabo grają na wyjazdach – ostatni raz zdobyli komplet punktów w roli gości 5 sierpnia.
ŁKS z kolei czuje się lepiej jako gospodarz. Cały dotychczasowy dorobek punktowy łodzian to siedem oczek zdobytych właśnie w meczach u siebie. Jakby tego było mało, tuż przed początkiem spotkania pojawiły się pogłoski o poważnych problemach zdrowotnych właściciela „Pasów”. Profesor Janusz Filipiak według doniesień medialnych w krytycznym stanie miał trafić do szpitala. Taka wiadomość nie mogła pozostać obojętna dla zawodników gości.
Cracovia wypunktowała ŁKS
Przedmeczowe przewidywania to jednak jedno, a ekstraklasowe realia drugie. Cracovia rozpoczęła spotkanie z większym animuszem i już po 21 minutach prowadziła 2:0. A mogło być jeszcze wyżej, gdyby Rakoczy w 8. minucie wykorzystał rzut karny (pomocnik „Pasów” trafił w poprzeczkę). ŁKS nie spodziewał się tak szybkich i celnych ciosów. Łodzianie grali bez pomysłu, a jedyne zagrożenie pod bramką Madejskiego stworzyli po strzale Tejana. Postawę „Biało-czerwono-białych” w pierwszej części gry najlepiej podsumował jeden z ich kibiców w mediach społecznościowych.
Glik pierwszy raz na zero z tyłu
Ale po przerwie wcale nie było lepiej. ŁKS miał wprawdzie większe posiadanie piłki, stworzył sobie kilka dogodnych sytuacji, ale nie miało to żadnego przełożenia na końcowy rezultat. Dość powiedzieć, że łodzianie w całym spotkaniu oddali tylko dwa celne strzały. Cracovia wyjechała zatem z Łodzi nie tylko z trzema punktami, ale również czystym kontem, co z perspektywy zespołu, który w ostatniej kolejce stracił aż pięć bramek, ma całkiem duże znaczenie. To także istotna kwestia z punktu widzenia Kamila Glika. Nowy stoper „Pasów” swoim przyjściem miał bowiem skonsolidować krakowską defensywę. W sobotę w Łodzi zrobił ku temu pierwszy krok.











