Pierwsza kolejka zmagań przypomina prawdziwą telenowelę z tego kontynentu. Akcja rozkręca się powoli, a momenty kulminacyjne następują podczas wyświetlania napisów końcowych. Nie inaczej jest na argentyńskiej ziemi podczas turnieju o miano najlepszej drużyny na kontynencie.
Trudno już teraz wieszać psy na głównych faworytach, którzy swoje pierwsze mecze mogą uznać za wypadek przy pracy. Bo każdy może się tłumaczyć, że Messi w kadrze nie gra tak jak w chwalonej już do szpiku kości FC Barcelona, bo trawa jest zbyt zielona, bo jest teraz zimno, bo kibice nie śpiewają. Parafrazując słowa Piotra Ćwielogą, „pora nie sprzyja graniu w piłkę”.
A jak Abstrakcja

Argentyna przegrała z Boliwią 1:1. Tak, to nie jest błąd językowy. Niejako na własne życzenie i z powodu kopiowania innych trener Batista zagwarantował swoim piłkarzom, jak i kibicom, pierwszy poważny upadek przy pierwszym płotku. Szkoleniowiec „Albicelestes” wpadł na pomysł, że jak brać przykład, to od najlepszych. System 4-3-3 może nie jest tak samo skuteczny jak 3-5-8, ale skoro działa w „Blaugranie”, to czemu ma nie wypalić w Argentynie. Zwłaszcza, że potencjał w ofensywie jest największy na świecie i każda reprezentacja zazdrości luksusu, jaki ma trener w wyborze napastników. Niestety, ale trzeba też jeszcze znać samych piłkarzy oraz ich dyspozycję dnia, a tego już trener nie zauważył i wpadł na mało rozsądny pomysł z trójką pivotów w drugiej linii oraz Messim, wpieranym ze skrzydeł przez Teveza i Lavezziego.
O ile faktycznie w przeciągu całego spotkania Argentyna przeważała i dominowała nad Boliwią, to mało z tego wynikało. Albo Lavezzi nie umiał dośrodkować, albo Tevez poza wolą walki nic więcej nie oferował. Na nic zdały się także dryblingi Messiego, który co z tego, że minie pięciu czy sześciu graczy, skoro zatrzyma go siódmy. W dodatku sam fakt, że musiał często po tę piłkę się wracać, dawało sporo do myślenia. To nie daje wymiernych efektów w postaci rozbicia chłopców Gustavo Quinterosa. Bramka dla Boliwii była dziełem przypadku, także sytuacja sam na sam Moreno mogła pogrążyć „Albicelestes”, gdyby nie Aguero do spółki z Di Marią. To ta dwójka ożywiła grę, choć szkoda, że kosztem zmiany nieźle grającego Cambiasso, zostawiając tym samym zagubionego Banegę. Bramka z woleja Aguero to na razie najładniejszy gol kolejki, ale nic poza tym. Tak skończył się mecz, który rozczarował, choć, co może wydawać się dziwne, pod wodzą Batisty Argentyna gra równo i nie schodzi poniżej poziomu wskazującego na depresję. Na pochwałę dla Boliwii zasługuje konsekwentna gra w obronie i śladowe kontrataki.
W drugim meczu Kolumbia ledwo, ale to naprawdę ledwo pokonała Kostarykę 1:0. Tak samo jak w pierwszym meczu spodziewano się, że rezerwy z Ameryki Środkowej zostaną całkowicie rozbite w pył. Mecz był przede wszystkim bardzo brutalny, piłkarze nie szczędzili sobie łokci i wślizgów w nogi. Dużym rozczarowaniem okazał się duet, który nosił zdaniem reszty redakcji znamiona czarnego konia tego turnieju, czyli Kolumbijczycy Falcao oraz Guarina. Zawiódł mnie zwłaszcza ten drugi, który chciał bardzo pokazać, że strzały z dystansu to jego znak firmowy. Tylko że pomylił on piłkę nożną z rugby i bramki nie są tak duże, jak mu się wydaje. Mimo to po bramce Ramosa udało się zdobyć trzy punkty, choć najbardziej ironicznym faktem tego meczu została postawa Kostaryki, która w ostatnich dziesięciu minutach postanowiła… grać na czas. Trener La Volpe sprawia wrażenie człowieka mocno znużonego powrotem do ojczyzny i jego piłkarzom udzieliło się to samo. Chyba już dawno zakupili bilety powrotne do domu.











