Barcelona zremisowała z Villarrealem w stylu, który musiał wywołać u fanów katalońskiego klubu falę samobójstw. Wskazywanie winnego to tylko na pozór łatwa robota. Jeśli nie chce się nikogo urazić, trzeba być bardzo ostrożnym. My jednak w tym wypadku nie mamy wątpliwości. Winny jest Messi.
Jak to? Przecież to najlepszy piłkarz globu, przecież to słońce świecące nad światem futbolu, przecież to czarodziej, geniusz, wirtuoz. Tak, tak, to wszystko prawda. Problem w tym, że Messi to też gracz, który traci w tym sezonie zdecydowanie najwięcej piłek w La Liga. I to jest poważny problem.
Statystyki dziennika „Marca” są nieubłagane. 261. Tyle strat w rozegranych do tej pory 20 kolejkach zaliczył herszt barcelońskiej bandy biegłych w futbolowym rzemiośle karłów. Z prostego rachunku wychodzi, że Messi piłki pozbywał się trzynaście razy na mecz. To dużo. Cholernie dużo. Na drugim miejscu w tej niechlubnej klasyfikacji znajduje się inny gracz stacjonujący w Katalonii – mediapunta Espanyolu, Joan Verdu, który strat miał 239. Za nim mamy innego zawodnika „Los Pericos”, Didaca Vilę. Później są Borja Valero i Jesus Navas.
Dużo strat każdego z tych zawodników można bez trudu zracjonalizować. Verdu, Borja i Navas futbolówkę tracą, bo po ludzku nie mają z kim grać. Formacje ofensywne Espanyolu, Villarrealu i Sevilli są w stanie rozpadu, więc nawet jeśli któryś z nich pośle podanie genialne, godne wspólnego potomka Oezila i Xaviego – a uwierzcie, zdarza się to wcale często – to w ataku jakiś Thievy, Negredo czy inny Joselu niechybnie to zmarnuje. A Didac to Didac. Robi dużo dobrego, zawsze ma masę odbiorów, jego pozycja niejako wymusza sporą liczbę strat, nie ma co go krytykować.
Messiego za to nic nie tłumaczy. Argentyńczyk jest częścią barcelońskiej układanki, tak samo ważną jak Xavi, Cesc, Iniesta czy Thiago. System „Blaugrany” jest bardzo demokratyczny, tam nikt nie jest najważniejszy. Każdy musi tak samo wymieniać milionowe podania. Zobaczmy, jak wyglądają statystyki strat innych chłopców Guardioli. Przypominamy, Messi – 261. Jedziemy: Cesc – 115, Xavi – 117, Thiago – 93, Iniesta – 72 (sic!). Widzicie różnicę? Jest gigantyczna. Zwłaszcza osiągnięcie don Andresa przeraża. Kastylijczyk, grając jako mediapunta, ma raptem o osiem strat więcej niż głęboko cofnięty Busquets. Może i Messi strzela gola za golem, zalicza nie wiadomo ile asyst, ale to go nie tłumaczy. Nic a nic go nie tłumaczy. Żeby jeszcze „Pchle” dowalić, porównajmy go z Ronaldo. W końcu żaden tekst o Argentyńczyku nie ma racji bytu bez porównania z Portugalczykiem. Cristiano, ten facet, który w zbiorowej świadomości funkcjonuje jako maszynka do gubienia futbolówki, strat ma 203. Mało tego, ma też znacznie więcej odbiorów piłki – 42, podczas gdy Messi tylko 23.
Żeby te wszystkie liczby lepiej osadzić w rzeczywistości, sięgnijmy po statystyki z tego etapu poprzedniego sezonu. 20 rozegranych kolejek. Messi ma 203 straty i 37 odbiorów, a Ronaldo 227 strat i 28 odbiorów. Dwa lata temu gwiazdor Barcelony strat miał tylko 135. Zobaczcie, jak to rośnie: 135 – 203 – 261. Z pewnością w pewnym stopniu wpływ na taki dramatyczny skok miało cofnięcie Messiego praktycznie na pozycję pomocnika. Ale nie zapominajmy, że Xavi i reszta bandy ciągle trzymają się na poziomie tych circa 120 strat. Podczas gdy Ronaldo sumiennie poprawia statystyki, Messi leci na łeb na szyję.










