W Lizbonie Sporting wygrał 1:0 po golu Xandao. Do przerwy na Etihad Stadium Portugalczycy dołożyli kolejne dwa gole i awans Manchesteru City wydawał się kosmicznie niemożliwy. Z potrzebnych czterech Anglicy strzelili trzy bramki i awansu nie wywalczyli.
– To był trudny mecz dla nas, ale wciąż mamy rewanż i w nim damy z siebie wszystko – przyznał po przegranym spotkaniu w Lizbonie 0:1 dzisiejszy kapitan Manchesteru City, Kolo Toure. Po wystawionym składzie trudno wywnioskować było, jak bardzo zależało „The Citizens” na awansie, bo niezależnie od wyselekcjonowanych przez Roberto Manciniego piłkarzy potencjał pierwszej jedenastki jest olbrzymi. Zaczekać trzeba było na rozpoczęcie meczu.

Początkowe fragmenty, mimo przewagi optycznej angielskiej drużyny, mogły przynieść pozytywne rozstrzygnięcia dla gości. Podopieczni Ricarda Sa Pinty starali się rozsądnie wyprowadzać kontry i po pierwszym wywalczonym rzucie rożnym w 9. minucie bohater pierwszego meczu Xandao główkował tuż obok słupka. Manchester podrażniony takim obrotem spraw starał się jak najszybciej odpowiedzieć. Najpierw technicznym, ale niecelnym strzałem wynik próbował otworzyć Adam Johnson, chwilę później zaś, gdyby lepiej długą piłkę opanował Mario Balotelli, to znalazłby się oko w oko z Rui Patricio.
Widać było, że gospodarze coraz bardziej się rozkręcają, ich akcje nabierały rumieńców, co owocowało większym zagrożeniem pod bramką przeciwnika. Jednak przy jednym z szybko wyprowadzonych ataków ponownie źle zachował się Balotelli. Włoch otrzymał idealne podanie od Davida Silvy i tak jak za pierwszym razem źle przyjął sobie piłkę, a w konsekwencji zbyt długo zwlekał z uderzeniem, tak że defensorzy Sportingu zdążyli go dogonić.
Jednak również niebezpieczniejsze i odważniejsze z każdą minutą stawały się kontrataki piłkarzy „Lwów”, którzy zauważyli, że tym sposobem są w stanie coś na Etihad Stadium ugrać. Po pół godzinie gry bliski otwarcia wyniku był Matias Fernandez, lecz jego strzał w polu karnym zatrzymał się na nogach Stefana Savicia. Kilka minut później jednak Chilijczyk odgryzł się jeszcze lepszym uderzeniem z rzutu wolnego, którego w żaden sposób sięgnąć nie mógł Joe Hart, i straty „The Citizens” urosły do dwóch goli. Dodać trzeba, że fatalnie chwilę wcześniej zachował się nie kto inny jak Balotelli, który faulował niepotrzebnie rywala przed polem karnym, tworząc okazję do straty gola.
Nie skończyła się jeszcze pierwsza połowa, a goście ponownie tego wieczoru wpakowali piłkę do siatki. Na prawym skrzydle rajdem popisał się Marat Izmaiłow i dograł wzdłuż linii końcowego do dobrze ustawionego Ricky’ego van Wolfswinkela, a napastnik futbolówkę posłał już do pustej bramki.











