Starzy Katalończycy, których karki do dziś noszą znamiona pałek frankistowskich żołdaków, płaczą jak dzieci. Barcelona się cieszy, roni łzy radości, krzyczy ze szczęścia i euforii.
Cesc, Blaugrana! Cesc, fichado!
Koniec. Udało się. Dokonało się to, co prędzej czy później dokonać się musiało. Fabregas wrócił do Barcelony, do swojego miasta, do swojej ojczyzny. Znów będzie przechadzał się uliczkami Arenys de Mar, będzie głaskał po głowie małe Iniesty z La Masii i wsłuchiwał się w huk monumentalnego Camp Nou. Nikt nie wątpi, że Hiszpan wrócił do domu, nikt nie kwestionuje sentymentalnego podłoża tego transferu. Ale i tak każdy ma o tym inne zdanie.
Wersja barcelońska
Cesc, dziecięciem jeszcze będąc, przechadzał się uliczkami Barcelony, śpiewając „Som la gent Blaugrana” oraz co rusz całując wyszyty na koszulce herb. Nagle zza rogu wyskoczyła grupa ludzi. Chłopak nawet się nie bronił, wiedział, że nie ma szans – wrogowie mieli ze sobą armatę.
– Kanonierzy – pomyślał Cesc i zanim się zorientował, siedział już w samolocie do Londynu związany konopnym sznurem. W jego pierś wycelowane było działo. Jakiś podejrzanie wyglądający siwy człowiek uderzył go w twarz. Hiszpan stracił przytomność. Obudził się 5 lat później, ze zdziwieniem stwierdzając, że jest na boisku, nosi koszulkę Arsenalu, a na ramieniu ma opaskę kapitana. Szok był wielki. Kolejne noce Cesc spędził, płacząc w poduszkę, próbując przypomnieć sobie słowa hymnu Barcelony i pisząc błagalne listy do Katalonii: „Senyor Laporta, zabierz mnie stąd! Tu wszystko jest straszne! Jest dużo dziwnych ludzi, boję się”. Musiało minąć kilka lat, by oddział ratunkowy z Barcelony w końcu przybył i uratował syna swojej ziemi. Oswobodzony Cesc przez dobę bez przerwy się śmiał.
Wersja londyńska
Arsene Wenger, siedząc w wysokiej wieży swego zamku, czujnymi oczami sięgającymi aż za widnokrąg obserwował świat.
– Mon Dieu! Janie, zaprzęgaj mój powóz, jedziemy do Katalonii – zakrzyknął nagle, podnosząc się z tronu ukształtowanego na podobieństwo splecionych ciał Henry’ego, Bergkampa i Vieiry.
– Ależ monsieur! To za morzem! – Jan był czujny.
– W takim razie zaprzęgnij moją łódź – szybko odparł Wenger. – W delfiny.
Gdy orszak dotarł do Barcelony, oczom ich ukazał się straszny widok. Oto Cesc Fabregas cierpi katusze z rąk fałszywych przyjaciół, jest popychany i bity. Potrzebuje pomocy.
– Chłopcze, wyrusz ze mną w podróż, zapewnię Ci sławę, pieniądze i trofea – zakrzyknął Wenger, dumnie wypinając pierś i omiatając ziemię gronostajowym płaszczem.
– Czy jesteś pedofilem? – z grzeczności zapytał Hiszpan.
– Nie, to wszystko plotki – odparł Francuz, gestem zapraszając Cesca do rydwanu i podziwiając jego muskularną sylwetkę oraz piękną, dziecięcą twarz. Przez lata Fabregas dostawał wszystko, czego zapragnął. Prosił o zmianę taktyki – taktykę zmieniano. Prosił o pieniądze – dostawał pieniądze. Oczekiwał trofeów – dostawał pieniądze. Nagle coś się z nim stało. Jego oczy przepełniły się krwią, jego ręce zmieniły się w szpony, jego język miotał przekleństwa. Wszystko przez Barcelonę. Zobaczył w telewizji jeden mecz i zapałał bezzasadną żądzą noszenia bordowo-granatowej koszulki. Monsieur wiedział, że ta chwila kiedyś nastąpi. Był na to przygotowany – – szepnął mu do ucha, po raz ostatni go obejmując.












