Celtic Glasgow po raz kolejny pokazał, że w tym sezonie Glasgow jest niebieskie. Po przyzwoitym występie „The Bhoys” przeciwko Hearts wszyscy oczekiwali, że teraz będzie już tylko lepiej. Niestety.
Aberdeen to zespół, który w tym sezonie zajmował szóste miejsce w tabeli z dorobkiem siedmiu zwycięstw, siedmiu remisów i dziewięciu porażek. Wydawać by się mogło, że w meczu z Celtikiem dość przeciętny zespół nie powinien mieć żadnych szans. Na szczęście „do póki piłka w grze, wszystko jest możliwe”. Niejednokrotnie byliśmy świadkami sensacyjnych wyników z udziałem teoretycznie słabszych drużyn. Dziś było podobnie. Celtic Glasgow przystępował do tego spotkania z nadzieją, że w końcu uda im się dogonić Glasgow Rangers.

Już w 2. minucie do siatki Aberdeen trafił Diomansy Kamara. Wszystko wskazywało na to, że Celtic zdominuje spotkanie i pewnie zdobędzie trzy punkty. Niestety wyraźnie rozluźnieni podopieczni Tony’ego Mowbraya katastrofalnie zachowali się w defensywie i w 9. minucie było już 1:1. Stracony gol podziałał na Celtów motywująco. W 36. minucie fenomenalnie zachował się Robbie Keane, który bezbłędnie podał do Fortune’a, który podwyższył na 2:0. Nikt nie spodziewał się, że Aberdeen będzie stosował taktykę cios za cios. Kibice „The Bhoys” nie zdążyli nacieszyć się prowadzeniem, a Artur Boruc po raz kolejny musiał wyciągnąć piłkę z siatki. Była to ostatnia bramka zdobyta w pierwszej części spotkania. Trener Tony Mowbray z pewnością miał o czym rozmawiać z blokiem defensywnym, którego w tej części meczu po prostu nie było.
Po zmianie stron nic się nie zmieniło. Celtic grał słabo, brakowało dokładnego rozegrania piłki. Dużo więcej pracy miał za to Artur Boruc, którego przed utratą bramki uratował Paul Caddis. Mimo słabej gry, swojego pierwszego gola w nowych barwach zdobył Robbie Keane. Zaledwie siedem minut później na 4:2 podwyższył Aiden McGeady i wydawało się, że nikt nie jest w stanie wykraść trzech punktów. Niestety w 72.minucie piłkę ręką zagrał Braafheid, a McLean mógł się cieszyć ze zdobycia bramki. Zarówno kibice jak i sami piłkarze Celticu z pewnością chcieli, by ten mecz już się zakończył. Piłkarze Aberdeen widząc strach w oczach przeciwnika, coraz śmielej atakowali, co przyniosło efekt w postaci wyrównującej bramki. W 88.minucie po raz drugi Boruca pokonał Mackie.
Mecz z Aberdeen pokazał, że bez obrony nawet najlepszy zespół, posiadający najlepszych ofensywnych zawodników, nie jest w stanie niczego zdziałać.











