W czwartkowych spotkaniach 1/16 finału Pucharu Króla, czyli Copa del Rey, awansowali faworyci. Valencia poradziła sobie z Logrones, Getafe zaś niemiłosiernie męczyło się z czwartoligowym Portugalete. Najciekawiej było jednak w meczach, gdzie naprzeciwko siebie stawały dwie drużyny z La Liga.
Getafe CF – CF Portugalete 0:0
W pierwszym spotkaniu między tymi drużynami padł remis 1:1, jednak chyba mało kto przypuszczał, że solidna drużyna z La Liga nie wygra na własnym stadionie z najsłabszą drużyną na tym poziomie rozgrywek pucharowych. Pierwsza godna odnotowania akcja meczu miała miejsce w 10. minucie, kiedy świetnie lewą stroną przedarł się Colunga, po czym dokładnie dośrodkował do wbiegającego w pole karne Juana Albina, jednak ten z niewielkiej odległości nie trafił nawet w bramkę. Trudno użyć do opisu poczynań piłkarzy Portugalete jakichkolwiek innych przymiotników z wyjątkiem zgrani i nieustępliwi. Niejednokrotnie popełniali oni proste błędy techniczne, wynikające albo ze stresu towarzyszącemu spotkaniu na tak wysokim szczeblu, albo po prostu z miernych umiejętności. W 21. minucie w zamieszaniu, jakie wytworzyło się w polu karnym Portugalete, odnalazł się Derek Boateng i zdołał nawet oddać strzał, który jednak po kilku rykoszetach stracił moc i wpadł w ręce golkipera gości – Maciasa.
Malaga pod wodzą nowego trenera, Manuela Pellegriniego, prezentuje się bardzo korzystnie (fot. as.com)
Przewaga Getafe właściwie od pierwszego gwizdka była przygniatająca, czwartoligowiec (sic!) sporadycznie zapędzał się nie tyle pod pole karne drużyny Michela, co nawet na jej połowę. Gospodarze jednak byli nieskuteczni, często bawili się grą, zamiast jak najszybciej uzyskać prowadzenie i później robić, co im się rzewnie podoba. W 41. minucie miała miejsce niespotykana sytuacja – piłkarze Portugalete oddali strzał! Trzeba jednak dodać, iż piłka ledwo dotoczyła się do schylonego po nią Codiny. Pod koniec pierwszej połowy, oczom widzów oglądających transmisję tego spotkania ukazała się procentowa statystyka posiadania piłki – Getafe 70, Portugalete – 30. Bardzo dobrze odzwierciedla ona przebieg pierwszej części spotkania. Druga połowa przyniosła nieco niespodziewanego. Przez dobry kwadrans wydawało się, że piłkarze zamienili się umiejętnościami: to zawodnicy Getafe popełniali szkolne, nieraz wręcz kompromitujące błędy, zaś goście przejęli inicjatywę i próbowali przedostać się pod bramkę Codiny, co jednak im się nie udało. Mocno poirytowany wyczynami swoich zawodników był Michel, który raz po raz pokrzykiwał na nich zza linii bocznej. W 63. minucie Getafe było niezwykle bliskie objęcia prowadzenia: najpierw groźnie z 18. metra strzelał Colunga, zaś jego uderzenie próbował dobić Albin, został jednak zablokowany. Pięć minut później ponownie świetną okazję do otworzenia wyniku spotkania miał Colunga, jednak nie potrafił z najbliższej odległości wbić piłki, która spadła mu pod nogi po rzucie rożnym, do siatki gości.
Napastnik z numerem 9. kontynuował swój festiwal nieskuteczności również w 77. minucie, kiedy to po fantastycznym dryblingu Sardinero i podaniu Parejo w świetnej sytuacji, niepotrzebnie chciał uderzyć efektownie. Skutek: piłka przeleciała wysoko nad bramką. To było jednak nic wobec tego, co miało miejsce w 88. minucie – trzej zawodnicy Getafe przedostali się przez źle ustawioną obronę Portugalete, wskutek czego pozostał przed nimi tylko bramkarz. Colunga postanowił jednak zakończyć akcję sam, obiegł stojącego przy siatce, jednak później nie trafił do pustej bramki! Sekundy później, jakby poirytowany indolencją kolegów z ataku, potężny strzał, który niemal nie złamał poprzeczki oddał Mane. W ostatniej minucie spotkania miała miejsce jeszcze jedna sytuacja ośmieszająca Colungę, ponownie nie trafił on do niemal pustej bramki (słupek), po tym jak prawie cała drużyna Portugalete pobiegła w pole karne Codiny szukać szczęścia przy rzucie wolnym… Getafe ostatecznie awansowało, ale w niezwykle marnym stylu.
W 11. minucie Malaga przeprowadziła świetną akcję: najpierw prawym skrzydłem pognał Gamez, później podał piłkę do Quincy’ego, który dostrzegł na lewej stronie wbiegającego Eliseu. Ten z kolei nie miał problemów z wyprzedzeniem w walce o piłkę Juanry i lekko ją podcinając, zdobył bramkę otwierającą wynik spotkania. Już trzy minuty później Hercules miał świetną szansę, by wyrównać, jednak strzał Cristiana z linii bramkowej wybił Wellington. W 15. minucie, ponownie nie popisał się Juanra, który naciskany przez Eliseu podał piłkę do własnego bramkarza. Problem w tym, że podanie to przejął Edinho, który mimo ostrego kąta nie miał problemów z pokonaniem Velthuizena. Malaga w dalszym ciągu zdecydowanie przeważała. W 21. minucie, po świetnym dośrodkowaniu Jesusa Gameza niezwykle bliski podwyższenia rezultatu był Fernando. Jednak po jego bardzo dobrym strzale głową piłka minęła o centymetry słupek Velthuizena. Bramkarz Herculesa upadając po próbie obrony tego strzału, doznał urazu mięśniowego, wskutek czego musiał opuścić boisko. Zastąpił go Juan Calatayud.
W 28. minucie potężnym strzałem z dystansu popisał się niezwykle aktywny w tym meczu Quincy, a golkiper gości mógł dziękować opatrzności, że piłka zatrzymała się na słupku i wyszła w aut bramkowy. Po dwóch kwadransach Hercules niespodziewanie wyrównał. Błyskawiczną kontrę przeprowadził Thomert, który dokładnie wycofał piłkę do wbiegającego w pole karne Portillo. Wychowanek Realu mocnym strzałem pod poprzeczkę zdobył bramkę kontaktową. Kilkadziesiąt sekund później ten sam duet mógł doprowadzić do wyrównania. Kapitalnym podaniem z głębi pola popisał się ponownie Thomert, jednak Portillo, zamiast uderzać, próbował przyjąć piłkę na klatkę piersiową, a gdy ją zgubił, wymusić rzut karny. Dosłownie chwilę później akcja przeniosła się już pod bramkę gości, gdzie w dogodnej sytuacji znalazł się Eliseu. Strzelec pierwszego gola uderzył niezwykle mocno, jednak piłka ponownie zatrzymała się na słupku, tuż pod spojeniem! Co za mecz na La Rosaleda! W 39. minucie po raz kolejny fantastyczny rajd prawym skrzydłem wykonał Gamez, na wysokości pola karnego płasko dośrodkował do Sandro, którego strzał z dużym wyczuciem zatrzymał Calatayud. Do końca pierwszej odsłony piłkarze nieco się uspokoili, wskutek czego nie mieliśmy okazji oglądać sytuacji bramkowych. Podobny przebieg jak końcówka pierwszej, miał początek drugiej połowy. Piłkarze obydwu drużyn nie prezentowali tak szaleńczego tempa, jak w pierwszej godzinie gry, spokojnie rozgrywali akcje, z rzadka próbowali uderzać z dystansu, gra toczyła się głównie w środkowych sektorach boiska. Z czasem coraz większą przewagę zaczęli osiągać gracze Herculesa, długo utrzymując się przy piłce na połowie gospodarzy. Na szczęście dla publiczności zgromadzonej na Rosaledzie przewaga gości nie znalazła przełożenia na wynik bramkowy. Do 64. minuty.
Wtedy świetną akcją popisał się duet Cristian – Aguilar, wymieniając piłkę przed polem karnym gospodarzy. W efekcie ten drugi znalazł się w dogodnej sytuacji bramkowej i płaskim strzałem w długi róg (piłka odbiła się jeszcze dwukrotnie od słupka) pokonał Francesco Arnau. Chwilę później Kolumbijczyk popełnił jednak faul na Eliseu, za co otrzymał drugą żółtą kartkę. Po tym wydarzeniu role się odwróciły, to Malaga zaczęła przeważać, co zresztą było oczywiste, gdyż potrzebowała do awansu trzeciej bramki. Gracze Manuela Pellegriniego próbowali wielokrotnie wysokich dośrodkowań, ale mimo pokaźnego wzrostu, Edinho nie był w stanie wygrać żadnego pojedynku z nieźle dysponowanymi stoperami Herculesa. Kwadrans przed końcem, nieprzyjemnym strzałem z niemal 40 metrów popisał się Recio, jednak Calatayud zdołał w ostatniej chwili sparować piłkę na rzut rożny. Im bliżej końca meczu, tym ataki Malagi stawały się coraz bardziej nerwowe, piłkarze zdawali sobie sprawę, ze cenne minuty uciekają i jednocześnie oddalają ich od upragnionego awansu. W 90. minucie spotkania gospodarze wreszcie dopięli swego, dzięki bramce młodego Sebasa, przy której asystował bodaj najlepszy zawodnik tego spotkania, Jesus Gamez. Malaga ostatecznie awansowała, w meczu z Herculesem była zespołem lepszym, grała ładnie dla oka i wynik tego spotkania jest jak najbardziej zasłużony.
W innym czwartkowym meczy 1/16 finału Copa del Rey Valencia, na oczach zaledwie kilku tysięcy swoich sympatyków poradziła sobie z trzecioligowym Logrones. Gracze Unaia Emery’ego losy awansu przesądzili właściwie już w pierwszym meczu, gdzie pokonali niżej notowanego rywala 3:0. Jednak już po trzech minutach sympatycy „Los Ches” mogli przecierać oczy ze zdumienia, ich zespół bowiem przegrywał po golu Osado. To był jednak jedyny przebłysk Logrones, które na dobrą sprawę do końca spotkania nie zagroziło już bramce Guaity, nie mówiąc już o wyniku rywalizacji.
Do wyrównania jeszcze w pierwszej połowie doprowadził osiemnastoletni Francisco Roman Alarcon Suarez, czyli po prostu Isco, nazywany nowym Davidem Silvą. Młodzian wpisał się na listę strzelców w 25. minucie spotkania, zaś drugą bramkę dołożył w 43. Gole te rozdzieliło trafienie Vicente. W drugiej połowie, a konkretnie w 86. minucie trzecioligowca dobił jeszcze Sofiane Feghouli. Mecz zakończył się zatem wynikiem 4:1, zaś dwumecz 7:1, zatem wyższość Valencii nad Logrones została dobitnie udowodniona.
Real Sporting Gijon– RCD Mallorca 2:2
Bilić 26’k, Muniz 63′ – Nsue 10′ i 15′
Podobnie, jak w przypadku meczu Valencii i Logrones, tak i w konfrontacji Sportingu Gijon z Mallorką, losy rywalizacji właściwie przesądziło pierwsze spotkanie na Iberostad. Wyspiarze wygrali tam 3:1, zaś dubletem popisał się Fernando Cavenaghi. Tym razem dwa gole zdobył inny zawodnik biało-niebieskich, Emilio Nsue.
21-letni Hiszpan o gwinejskich korzeniach już po kwadransie pozbawił gospodarzy jakichkolwiek złudzeń co do awansu. Ci byli jeszcze w pierwszej połowie w stanie zdobyć bramkę kontaktową (gol Bilicia z rzutu karnego), a nawet wyrównać w drugiej części spotkania, jednak stało się tak tylko dlatego, że Mallorca była pewna awansu i pozwalała gospodarzom na wiele.
W czwartkowych spotkaniach 1/16 finału Pucharu Króla, czyli Copa del Rey, awansowali faworyci. Valencia poradziła sobie z Logrones, Getafe zaś niemiłosiernie męczyło się z czwartoligowym Portugalete. Najciekawiej było jednak w meczach, gdzie naprzeciwko siebie stawały dwie drużyny z La Liga.
Getafe CF – CF Portugalete 0:0
W pierwszym spotkaniu między tymi drużynami padł remis 1:1, jednak chyba mało kto przypuszczał, że solidna drużyna z La Liga nie wygra na własnym stadionie z najsłabszą drużyną na tym poziomie rozgrywek pucharowych. Pierwsza godna odnotowania akcja meczu miała miejsce w 10. minucie, kiedy świetnie lewą stroną przedarł się Colunga, po czym dokładnie dośrodkował do wbiegającego w pole karne Juana Albina, jednak ten z niewielkiej odległości nie trafił nawet w bramkę. Trudno użyć do opisu poczynań piłkarzy Portugalete jakichkolwiek innych przymiotników z wyjątkiem zgrani i nieustępliwi. Niejednokrotnie popełniali oni proste błędy techniczne, wynikające albo ze stresu towarzyszącemu spotkaniu na tak wysokim szczeblu, albo po prostu z miernych umiejętności. W 21. minucie w zamieszaniu, jakie wytworzyło się w polu karnym Portugalete, odnalazł się Derek Boateng i zdołał nawet oddać strzał, który jednak po kilku rykoszetach stracił moc i wpadł w ręce golkipera gości – Maciasa.
Malaga pod wodzą nowego trenera, Manuela Pellegriniego, prezentuje się bardzo korzystnie (fot. as.com)
Przewaga Getafe właściwie od pierwszego gwizdka była przygniatająca, czwartoligowiec (sic!) sporadycznie zapędzał się nie tyle pod pole karne drużyny Michela, co nawet na jej połowę. Gospodarze jednak byli nieskuteczni, często bawili się grą, zamiast jak najszybciej uzyskać prowadzenie i później robić, co im się rzewnie podoba. W 41. minucie miała miejsce niespotykana sytuacja – piłkarze Portugalete oddali strzał! Trzeba jednak dodać, iż piłka ledwo dotoczyła się do schylonego po nią Codiny. Pod koniec pierwszej połowy, oczom widzów oglądających transmisję tego spotkania ukazała się procentowa statystyka posiadania piłki – Getafe 70, Portugalete – 30. Bardzo dobrze odzwierciedla ona przebieg pierwszej części spotkania. Druga połowa przyniosła nieco niespodziewanego. Przez dobry kwadrans wydawało się, że piłkarze zamienili się umiejętnościami: to zawodnicy Getafe popełniali szkolne, nieraz wręcz kompromitujące błędy, zaś goście przejęli inicjatywę i próbowali przedostać się pod bramkę Codiny, co jednak im się nie udało. Mocno poirytowany wyczynami swoich zawodników był Michel, który raz po raz pokrzykiwał na nich zza linii bocznej. W 63. minucie Getafe było niezwykle bliskie objęcia prowadzenia: najpierw groźnie z 18. metra strzelał Colunga, zaś jego uderzenie próbował dobić Albin, został jednak zablokowany. Pięć minut później ponownie świetną okazję do otworzenia wyniku spotkania miał Colunga, jednak nie potrafił z najbliższej odległości wbić piłki, która spadła mu pod nogi po rzucie rożnym, do siatki gości.
Napastnik z numerem 9. kontynuował swój festiwal nieskuteczności również w 77. minucie, kiedy to po fantastycznym dryblingu Sardinero i podaniu Parejo w świetnej sytuacji, niepotrzebnie chciał uderzyć efektownie. Skutek: piłka przeleciała wysoko nad bramką. To było jednak nic wobec tego, co miało miejsce w 88. minucie – trzej zawodnicy Getafe przedostali się przez źle ustawioną obronę Portugalete, wskutek czego pozostał przed nimi tylko bramkarz. Colunga postanowił jednak zakończyć akcję sam, obiegł stojącego przy siatce, jednak później nie trafił do pustej bramki! Sekundy później, jakby poirytowany indolencją kolegów z ataku, potężny strzał, który niemal nie złamał poprzeczki oddał Mane. W ostatniej minucie spotkania miała miejsce jeszcze jedna sytuacja ośmieszająca Colungę, ponownie nie trafił on do niemal pustej bramki (słupek), po tym jak prawie cała drużyna Portugalete pobiegła w pole karne Codiny szukać szczęścia przy rzucie wolnym… Getafe ostatecznie awansowało, ale w niezwykle marnym stylu.
W 11. minucie Malaga przeprowadziła świetną akcję: najpierw prawym skrzydłem pognał Gamez, później podał piłkę do Quincy’ego, który dostrzegł na lewej stronie wbiegającego Eliseu. Ten z kolei nie miał problemów z wyprzedzeniem w walce o piłkę Juanry i lekko ją podcinając, zdobył bramkę otwierającą wynik spotkania. Już trzy minuty później Hercules miał świetną szansę, by wyrównać, jednak strzał Cristiana z linii bramkowej wybił Wellington. W 15. minucie, ponownie nie popisał się Juanra, który naciskany przez Eliseu podał piłkę do własnego bramkarza. Problem w tym, że podanie to przejął Edinho, który mimo ostrego kąta nie miał problemów z pokonaniem Velthuizena. Malaga w dalszym ciągu zdecydowanie przeważała. W 21. minucie, po świetnym dośrodkowaniu Jesusa Gameza niezwykle bliski podwyższenia rezultatu był Fernando. Jednak po jego bardzo dobrym strzale głową piłka minęła o centymetry słupek Velthuizena. Bramkarz Herculesa upadając po próbie obrony tego strzału, doznał urazu mięśniowego, wskutek czego musiał opuścić boisko. Zastąpił go Juan Calatayud.
W 28. minucie potężnym strzałem z dystansu popisał się niezwykle aktywny w tym meczu Quincy, a golkiper gości mógł dziękować opatrzności, że piłka zatrzymała się na słupku i wyszła w aut bramkowy. Po dwóch kwadransach Hercules niespodziewanie wyrównał. Błyskawiczną kontrę przeprowadził Thomert, który dokładnie wycofał piłkę do wbiegającego w pole karne Portillo. Wychowanek Realu mocnym strzałem pod poprzeczkę zdobył bramkę kontaktową. Kilkadziesiąt sekund później ten sam duet mógł doprowadzić do wyrównania. Kapitalnym podaniem z głębi pola popisał się ponownie Thomert, jednak Portillo, zamiast uderzać, próbował przyjąć piłkę na klatkę piersiową, a gdy ją zgubił, wymusić rzut karny. Dosłownie chwilę później akcja przeniosła się już pod bramkę gości, gdzie w dogodnej sytuacji znalazł się Eliseu. Strzelec pierwszego gola uderzył niezwykle mocno, jednak piłka ponownie zatrzymała się na słupku, tuż pod spojeniem! Co za mecz na La Rosaleda! W 39. minucie po raz kolejny fantastyczny rajd prawym skrzydłem wykonał Gamez, na wysokości pola karnego płasko dośrodkował do Sandro, którego strzał z dużym wyczuciem zatrzymał Calatayud. Do końca pierwszej odsłony piłkarze nieco się uspokoili, wskutek czego nie mieliśmy okazji oglądać sytuacji bramkowych. Podobny przebieg jak końcówka pierwszej, miał początek drugiej połowy. Piłkarze obydwu drużyn nie prezentowali tak szaleńczego tempa, jak w pierwszej godzinie gry, spokojnie rozgrywali akcje, z rzadka próbowali uderzać z dystansu, gra toczyła się głównie w środkowych sektorach boiska. Z czasem coraz większą przewagę zaczęli osiągać gracze Herculesa, długo utrzymując się przy piłce na połowie gospodarzy. Na szczęście dla publiczności zgromadzonej na Rosaledzie przewaga gości nie znalazła przełożenia na wynik bramkowy. Do 64. minuty.
Wtedy świetną akcją popisał się duet Cristian – Aguilar, wymieniając piłkę przed polem karnym gospodarzy. W efekcie ten drugi znalazł się w dogodnej sytuacji bramkowej i płaskim strzałem w długi róg (piłka odbiła się jeszcze dwukrotnie od słupka) pokonał Francesco Arnau. Chwilę później Kolumbijczyk popełnił jednak faul na Eliseu, za co otrzymał drugą żółtą kartkę. Po tym wydarzeniu role się odwróciły, to Malaga zaczęła przeważać, co zresztą było oczywiste, gdyż potrzebowała do awansu trzeciej bramki. Gracze Manuela Pellegriniego próbowali wielokrotnie wysokich dośrodkowań, ale mimo pokaźnego wzrostu, Edinho nie był w stanie wygrać żadnego pojedynku z nieźle dysponowanymi stoperami Herculesa. Kwadrans przed końcem, nieprzyjemnym strzałem z niemal 40 metrów popisał się Recio, jednak Calatayud zdołał w ostatniej chwili sparować piłkę na rzut rożny. Im bliżej końca meczu, tym ataki Malagi stawały się coraz bardziej nerwowe, piłkarze zdawali sobie sprawę, ze cenne minuty uciekają i jednocześnie oddalają ich od upragnionego awansu. W 90. minucie spotkania gospodarze wreszcie dopięli swego, dzięki bramce młodego Sebasa, przy której asystował bodaj najlepszy zawodnik tego spotkania, Jesus Gamez. Malaga ostatecznie awansowała, w meczu z Herculesem była zespołem lepszym, grała ładnie dla oka i wynik tego spotkania jest jak najbardziej zasłużony.
W innym czwartkowym meczy 1/16 finału Copa del Rey Valencia, na oczach zaledwie kilku tysięcy swoich sympatyków poradziła sobie z trzecioligowym Logrones. Gracze Unaia Emery’ego losy awansu przesądzili właściwie już w pierwszym meczu, gdzie pokonali niżej notowanego rywala 3:0. Jednak już po trzech minutach sympatycy „Los Ches” mogli przecierać oczy ze zdumienia, ich zespół bowiem przegrywał po golu Osado. To był jednak jedyny przebłysk Logrones, które na dobrą sprawę do końca spotkania nie zagroziło już bramce Guaity, nie mówiąc już o wyniku rywalizacji.
Do wyrównania jeszcze w pierwszej połowie doprowadził osiemnastoletni Francisco Roman Alarcon Suarez, czyli po prostu Isco, nazywany nowym Davidem Silvą. Młodzian wpisał się na listę strzelców w 25. minucie spotkania, zaś drugą bramkę dołożył w 43. Gole te rozdzieliło trafienie Vicente. W drugiej połowie, a konkretnie w 86. minucie trzecioligowca dobił jeszcze Sofiane Feghouli. Mecz zakończył się zatem wynikiem 4:1, zaś dwumecz 7:1, zatem wyższość Valencii nad Logrones została dobitnie udowodniona.
Real Sporting Gijon– RCD Mallorca 2:2
Bilić 26’k, Muniz 63′ – Nsue 10′ i 15′
Podobnie, jak w przypadku meczu Valencii i Logrones, tak i w konfrontacji Sportingu Gijon z Mallorką, losy rywalizacji właściwie przesądziło pierwsze spotkanie na Iberostad. Wyspiarze wygrali tam 3:1, zaś dubletem popisał się Fernando Cavenaghi. Tym razem dwa gole zdobył inny zawodnik biało-niebieskich, Emilio Nsue.
21-letni Hiszpan o gwinejskich korzeniach już po kwadransie pozbawił gospodarzy jakichkolwiek złudzeń co do awansu. Ci byli jeszcze w pierwszej połowie w stanie zdobyć bramkę kontaktową (gol Bilicia z rzutu karnego), a nawet wyrównać w drugiej części spotkania, jednak stało się tak tylko dlatego, że Mallorca była pewna awansu i pozwalała gospodarzom na wiele.