„Cała Polska to widziała”, czyli historia pewnego mistrzostwa


25 października 2015 „Cała Polska to widziała”, czyli historia pewnego mistrzostwa

Podtekstów w meczach Legii z Lechem zawsze jest wiele. Bo to nie tylko pojedynek drużyn z miast, które za sobą nie przepadają, czy aktualnych potentatów ligi. Losy obu drużyn przecinały się bardzo często i nigdy nie wynikało z tego nic dobrego. Najmocniej w pamięć wszystkich wbiły się wydarzenia z 1993 roku. Od tego czasu nienawiść kibiców Legii do drużyny z Poznania urosła do kolosalnych rozmiarów.


Udostępnij na Udostępnij na

Gdy zapytasz dowolnego kibica stołecznego klubu o sprawę z 1993 roku, ten splunie na ziemię, zaklnie pod nosem i skwituje wszystko krótkim komentarzem: – Oszukali nas! Złodzieje z PZPN-u i Poznania! O tej samej sytuacji zupełnie inaczej wypowiedzą się w Wielkopolsce. Może nie opowiadają o tym z dumą, ale na pewno z przekonaniem, że sprawiedliwości stało się zadość. O czym mowa?

Chodzi rzecz jasna o największy przekręt w historii polskiej ligi, czyli o „niedzielę cudów” w ostatniej kolejce sezonu 1992/1993 i odebranie tytułu Legii przy zielonym stoliku na rzecz Lecha.

Prawdopodobnie każdy, kto interesuje się rodzimymi rozgrywkami, o tym słyszał. Mimo to warto przypomnieć sobie, co dokładnie stało się na przełomie czerwca i lipca 1993 roku, że owa sytuacja, choć sprzed 22 lat, wciąż tak bardzo zaognia spór między dwoma klubami.

20 czerwca 1993 roku – „Niedziela cudów”

O tym, kto zostanie mistrzem Polski, zadecydować miała ostatnia kolejka tamtego sezonu. W grze o tytuł liczyły się jedynie dwa zespoły, Legia Warszawa i Łódzki KS. Trzeci w tabeli Lech, choć fenomenalnie spisywał się jesienią 1992 roku, przez słabą rundę rewanżową szanse na majstra miał czysto iluzoryczne.

Faworyci szli łeb w łeb od początku sezonu i notowali fenomenalne wyniki (Legia przegrała 6 meczów, natomiast ŁKS tylko 4 razy w 33 kolejkach). Jako że obie drużyny przed ostatnimi meczami miały identyczną liczbę punktów, o tytule miał zadecydować bilans bramkowy, w którym to stołeczny klub miał przewagę jedynie trzech bramek.

Wszyscy wiedzieli, że w spotkaniu ze zdegradowaną Olimpią Poznań łodzianie staną na głowie, by strzelić o trzy gole więcej niż Legia w spotkaniu z Wisłą, której właściciel, Piotr Voigt, obiecał wysoką premię za wygranie ostatniego meczu w sezonie. Być może nie każdy o tym pamięta, ale „zrobić wszystko” w tamtych latach miało zupełnie inny oddźwięk niż w obecnych czasach.

Tamten dzień został zapamiętany jako najbardziej charakterystyczny dla ciemnego okresu lat 90. w polskiej piłce. Centralną postacią tamtych zdarzeń był Janusz Wójcik, trener Legii, trzymający przy uchu prymitywny telefon komórkowy wielkości cegły, dzięki któremu nasłuchiwał wieści z Łodzi. Sama ta postać, umoczona po kolana w korupcyjnym bagnie, wiele sugeruje w kwestii tej sprawy. Dalej było tylko gorzej.

Na każdą bramkę ŁKS-u w meczu z Olimpią w ciągu kilku minut odpowiadała Legia. W drugiej połowie obu spotkań show trwało w najlepsze. W 49. minucie gol dla łodzian, a w 55. dla Legii. 61. minuta gol Czykiera w Krakowie, a za minutę odpowiedź ŁKS-u. Chwilę później stawkę podbija Legia bramką Śliwowskiego.

Wszystko to transmitowane przez legendarne Studio S-13 z komentarzem Tomasz Zimocha w tle, który według Wojciecha Kowalczyka przyczynił się do utraty tytułu przez Legię, oskarżając w czasie transmisji podopiecznych Wójcika o kupieniu meczu, a przy tym wychwalając pod niebiosa grę ŁKS-u.

Na trybunach  kibice Wisły nie wytrzymali upokorzenia, jakim było tak jawne odpuszczenie meczu, i zaczęli obrażać własnych zawodników, krzycząc, żeby podzielili się z nimi pieniędzmi.

Pierwsi z tego szaleństwa zrezygnowali zawodnicy Łódzkiego KS, jak gdyby rozumiejąc, że Legia, jeśli potrzebowałaby wygrać 1:-0, to właśnie taki wynik by padł. Końcowe wyniki i tak wyglądały zadziwiająco wysoko. Lech zremisował 3:3 w meczu z Widzewem, ŁKS wygrał 7:1 z Olimpią Poznań, natomiast Legia rozbiła w pył Wisłę, zwyciężając 6:0, i mogła cieszyć się ze zdobycia tytułu mistrzowskiego.

Całe te żenujące wydarzenia skwitował Janusz Wójcik w pomeczowym wywiadzie, stwierdzając, że każda liga potrzebuje czasem pewnej reżyserii, między wierszami przyznając się do zarzutów. Oczywiście po meczu działacze Wisły oskarżyli swoich zawodników o podłożenie się w tym spotkaniu, zgłaszając sprawę do prokuratury. Ale śledztwo nic nie wykazało i bardzo szybko zostało umorzone.

– Czy był kupiony? A w zasadzie za ile? Nie będę ukrywał – nie wiem. Nie wiem, czy był kupiony, bo ja żadnych pieniędzy nie dałem. Nikt mnie o nie nawet nie prosił, co chyba nie jest niczym dziwnym, bo miałem wówczas ledwie 21 lat. Mecz z Wisłą był dla mnie normalnym spotkaniem. Z nikim się nie umawiałem. Robiłem to, co potrafię. Strzelałem gole. I pamiętajmy o jednym – to nie my musieliśmy się martwic. To ŁKS miał do nas trzy bramki straty. A Olimpia miała grać na całego… – tak Wojciech Kowalczyk opowiadał o tamtych wydarzeniach w swojej książce.

Tamten dzień sprawił, że przerażająca wizja futbolu przedstawiona w „Piłkarskim pokerze” przestała być jedynie fikcją, a określenie „niedziela cudów” używana w kontekście nieprzewidywalnych wyników utraciła czysto metaforyczne znaczenie.

Tamten dzień stał się również epilogiem do innych zdarzeń, które wpisały się do historii polskiej piłki.

21 czerwca 1993 – afera dopingowa 

Kiedy PZPN ukarał całą czwórkę drużyn, grających w dwóch „podejrzanych” spotkaniach, karą w wysokości 0,5 miliarda złotych, piłkarze Legii pewnie jeszcze nie wytrzeźwieli po mistrzowskiej fecie. Wytrzeźwieć za to musieli, i to bardzo szybko, działacze stołecznego klubu, gdyż piłkarskie władze zagroziły Legii walkowerem za mecz z… Widzewem.

Okazało się, że u zawodnika „Wojskowych” Romana Zuba wykryto w organizmie niedozwolone środki. Do 24 czerwca klub musiał przesłać próbkę „b”, która decydowała o podtrzymaniu lub uchyleniu decyzji.

Mimo że Janusz Wójcik do dziś twierdzi, że PZPN w zmowie z innymi klubami zrobił „spółdzielnię” na Legię, by stołeczny klub nie zdobył mistrzostwa i nie zdominował ligi na lata, to tajemnicą poliszynela jest fakt, że ta decyzja była jedynie pretekstem do odebrania tytułu Legii w związku z kupieniem ostatniego spotkania. Tyle tylko, że brakowało na to jakichkolwiek dowodów.

Ostatecznie działacze klubu obronili się przed tymi zarzutami, wyniki drugiej próbki wyszły negatywnie, a sam zawodnik tłumaczył się, że całe zamieszanie jest przez to, że kiedy przebywał w szpitalu w Ługańsku, dostał zastrzyk z kobiecego łożyska!

Pierwsze uderzenie legioniści przetrwali, ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Lipiec 1993 – „Cała Polska to widziała”

Trzy tygodnie po rozegraniu spotkań piłkarze Legii, ŁKS-u i Lecha korzystali z ostatnich dni wakacji, powoli przygotowując się do gry w europejskich pucharach. W tym samym czasie Janusz Wójcik przechadzał się nerwowo po korytarzu w budynku przy Al. Ujazdowskich, gdzie mieściła się siedziba PZPN-u. Przez uchylone okna mógł usłyszeć okrzyki kibiców, którzy zebrali się pod budynkiem. Dominowały dwie przyśpiewki: „Cała Legia zawsze razem” i „Jeb**, Jeb** PZPN”. Co chwila zerkał na zamknięte drzwi, gdzie trwały obrady działaczy. Ich temat mógł być tylko jeden, bo kwestia mistrzostwa za sezon 1992/1993 jeszcze nie została rozstrzygnięta.

O wyniku obrad dowiedział się z telewizji. Na konferencji prasowej Ryszard Kulesza wypowiedział legendarne słowa: – Cała Polska to widziała. To ostatni dzwonek, by odciąć się od oszustw. Nie trzeba łapać za rękę, kiedy wszystko widać.

Takie słowa mogły oznaczać jedno. Mimo braku jakichkolwiek dowodów na popełnienie winy anulowano wyniki ostatnich meczów Legii i ŁKS-u i odebrano im za nie punkty. W konsekwencji Legia straciła tytuł mistrzowski kosztem Lecha.

Kibice z Łazienkowskiej nie wytrzymali. Szturmem ruszyli na siedzibę PZPN-u, wtargnęli tam, podpalili drzwi. Al. Ujazdowskie wypełniły się obraźliwymi okrzykami na temat wiadomo jakiej instytucji, a główna ulica Warszawy zapłonęła w racach. Jednak decyzja była nieodwołalna.

Działacze warszawskiego kluby pisali do zarządu Lecha, żeby ci zrzekli się punktów za ostatni mecz sezonu, ale oczywiście nie zdało się to na nic. Zgnębiona Legia, a także Łódzki KS zostali ukarani brakiem możliwości gry w Pucharze UEFA, mimo że nie zrobili niczego niezgodnego z prawem.

Niedokończona historia

W następnym sezonie zmotywowana bardziej niż kiedykolwiek wcześniej  Legia pod wodzą Jansa odzyskała tytuł, a dwa lata później awansowała do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Dzięki mistrzostwu Lech miał szansę zagrać w eliminacjach LM, w których przegrał ze Spartakiem Moskwa. Kolejne lata dla poznańskiego klubu były już tylko gorsze. Kryzys, który dotknął „Kolejorza”, był tak głęboki, że drużyna wylądowała w 2. lidze.

Tego faktu nie omieszkali skomentować kibice Legii, dla których spadek Lech był oczywistym przejawem powracającej karmy. W jednym ze spotkań ligowych pojawił się znany transparent, na którym widniało wiele mówiące hasło: „MP’93. VII: NIE KRADNIJ. KU PAMIĘCI I PRZESTRODZE TAK SKOŃCZYŁ LECH – ZŁODZIEJ. II LIGA 2000-02″.

Prawdy na temat wydarzeń z ostatniej kolejki sezonu 1992/1993 nigdy nie poznamy. Zawodnicy i kibice Legii twierdzą, że klub jest niewinny, zresztą dowodów na kupienie meczu z Wisłą jakichkolwiek nie ma. Natomiast działacze PZPN-u i zdrowy rozsądek podpowiadają coś zupełnie innego.

– Po co niby mieliśmy kupować mecz z Wisłą? Przecież laliśmy ją bez problemu – i u siebie, i na wyjeździe. To, że wpadło aż sześć goli, było świadectwem słabości Wisły. Stworzyliśmy dobre sytuacje, a te cienkie fiutki z Wisły nie wiedziały, jak się bronić przed naszym naporem. Zobaczcie sobie te gole raz jeszcze. Co tam było ustawione? Co kupiłem? Wszystkie bramki były poprawne, nie było tam żadnej reżyserii. Krótko po meczu krakowska prokuratura wszczęła zresztą śledztwo w tej sprawie. I wiecie co? Zostało umorzone! Przesłuchano wszystkich zawodników i działaczy Wisły, żaden nic nie powiedział. To co, mieli ich jeszcze przypalać, torturować? Ludzie, bądźmy poważni! Nie kupiliśmy tego meczu! – Janusz Wójcik jednoznacznie zdementował podejrzenia o kupnie meczu z Wisłą w swojej książce „Wójt”.

Włodarze warszawskiego klubu dwukrotnie zgłaszali do PZPN-u pismo z decyzją o odzyskaniu tytułu i dwukrotnie spotykali się z odmową. Kibice stołecznego klubu wierzą, że odzyskają, to co według nich jest ich własnością. Zresztą tamte wydarzenia pogłębiło w nich poczucie, prawidłowo bądź nie, że w Polsce Legii się nienawidzi.

Kolejną okazją, by rozstrzygnąć wiele lat trwający już spór pomiędzy Lechem a Legią, będzie dzisiejsze spotkanie, które odbędzie się o 18:00 na stadionie przy ul. Łazienkowskiej.

A przed nim, w drodze na mecz, kibice Legii, często zbyt młodzi, by pamiętać o wydarzeniach z 1993 roku, po raz kolejny zaintonują ich ulubioną przyśpiewkę zawsze pojawiającą się przed meczem z „Kolejorzem”: Mistrza przy stole, Ja Lecha w…  Jak widać, 22 lata to za mało, by ta zadra się zagoiła.

Komentarze
diamond (gość) - 3 lata temu

Fakt faktem. Mafiosi, gangsterzy tez sa na wolnosci bo sie czym bronią ?? Prawem!! ewidentnie zdrowy rozsadek tu mówi wszystko. Legia kupowała , ŁKS tez krecił

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze