Miało być pięknie. Cudowne gole, wysokie temperatury, wspaniała Argentyna, głośni i żywiołowi kibice oraz roznegliżowane kobiety. Niestety, tylko Diosa Canales zdążyła zrzucić ciuszki. Dlaczego?
Jak by nie patrzeć, Copa America to turniej wyjątkowy. Najstarsze rozgrywki międzypaństwowe na świecie mają wręcz unikatową skalę jakości. Podobne wrażenia miały nas czekać także i w tym roku w Argentynie, państwie stworzonym do futbolu, ale bez poważnych sukcesów od 1993 roku. Dlatego turniej miał być wyjątkowy w swej oprawie i co ważne, skończyć się sukcesem „Albicelestes”, by ich kibice dalej głosowali w wyborach na Cristinę Fernandez de Kirchner, urzędującą prezydent kraju. Odkąd liga piłkarska została znacjonalizowana, a także wiele innych aspektów życia w tym kraju, budzi lekki niepokój. No, ale to ma być kilka zdań o atmosferze, nie o polityce, więc…
Panie, tu jest co najmniej minus 700 stopni

Niektórych zapewne niespecjalnie radowała wieść o pogodzie. Co prawda, sprawcą jest klimat znany już wszystkim, ale on wyjątkowo dał w kość kibicom. Zwłaszcza podczas meczów rozgrywanych o 21.45 czasu lokalnego, temperatura nie przekraczała pięciu stopni Celsjusza. W takiej zimnicy gardła kibiców argentyńskich były zamknięte na kłódkę. I tylko pojedyncze krzyki czy śpiewy przypominały o tym, że jesteśmy w Ameryce Południowej. Właściwie kibice sympatyzujący z „Albicelestes” nie byli za bardzo aktywni w tej sferze. Ubrani w zimowe kurtki przypominali mi pingwiny.
Niestety, kibice z pozostałych krajów też dostosowali się do panujących warunków i również zabrakło im podpałki do ognia. Właściwie na tym polu wyróżniła się pewna orkiestra z Boliwii, która podczas meczów z Kostaryką oraz Kolumbią pokazała całkiem klimatyczny repertuar. Bardzo podniośle i patriotycznie było na meczach reprezentacji Chile, na których podczas grania hymnu jej kibice prezentowali potężnych rozmiarów flagę narodową. Uszyta na tę okoliczność, naprawdę robiła niemałe wrażenie. Śpiewanie hymnu w takich warunkach jest wtedy powodem do solidaryzowania się z narodem i dokopania przeciwnikom. Zawodnicy pod tym względem swoich gardeł nie oszczędzali, z dumą śpiewając swoje hymny narodowe. Choć można jeszcze zarzucić, że niektórzy robili to na pokaz. Ale nie ujrzeliśmy tam znanych nam obrazków, gdy Mariusz Lewandowski pozdrawiał swojego menadżera, Kosowski rodzinę z Gwatemali, która go o to prosiła, czy Krzynówka, który solidaryzował się z emerytami i rencistami.
Ulice pełne, że aż przejść się nie da
Bywa z tym różnie. Przed meczami na pewno ruch wokół stadionów jest wzmożony, ale raczej aż tak bardzo nie widać, by w kraju organizowana była impreza wysokiej rangi. W telewizji owszem, informacji na temat turnieju nie brakuje, wręcz można odnieść wrażenie, że mamy tego nadmiar. Lecz na ulicach życie toczy się normalnie, choć po porażce Argentyny nie u wszystkich widać jej objawy. Próżno szukać „szamanów”, którzy przed meczami wraz z innymi odprawiają ceremoniał wypuszczenia powietrza z piłki. Przyozdobiona w barwy określonej drużyny ma oznaczać, że rywal nie będzie miał sił na nawiązanie równorzędnej walki. Oczywiście, nie myślcie sobie, że tacy szamani w ogóle istnieją. Choć świat, jak doskonale wiemy, dzielimy na ludzi dobrych, złych i brzydkich.












