Czas na kolejne mecze w Lidze Narodów, czyli znów słychać zewsząd jedno zdanie, które rozbrzmiewa donośnie: Powołał Kubę, a nie mówiłem, że powoła? Wobec tego jakże istotnego faktu, o ironio, milknie dyskusja o taktyce, o zgrupowaniu, o czysto piłkarskim aspekcie czekających nas meczów. Przy okazji rykoszetem dostają zawodnicy, którzy podobnie jak Błaszczykowski nie grają w klubach. Krytyka wyborów selekcjonera jest wszechobecna. Czy słusznie?
„Jeśli Kuba nie będzie grał w klubie, nie będę go powoływał”
Selekcjoner, jakże uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony do mediów, popełnił błąd. Jedno zdanie wypowiedziane podczas wizyty w Cafe Futbol po meczach z Włochami i Irlandią. Teraz obojętnie czego nie zrobi czy nie powie, to zdanie będzie odbijać się czkawką przez bardzo długi czas. Wszelkie dywagacje na temat składu osobowego obecnej reprezentacji schodzą na boczny tor, bo: Brzęczek powołał siostrzeńca.
Zadajmy sobie pytanie czy to aż takie dziwne? Chyba tylko ktoś naiwny spodziewał się, że zabraknie powołań dla Kuby. Sam osobiście brałem to za pewnik, nawet byłem przekonany, że dla byłego kapitana znajdzie się miejsce w jedenastce na pierwszy mecz w Lidze Narodów. Bo po prostu musiało się znaleźć. Dlaczego? Otóż w obecnym stanie posiadania polskiej piłki strzałem w stopę byłoby pominięcie takiego gracza. Nie mówię tu o obecnej formie, ale Kuba jest potrzebny tej grupie ludzie. Może nie jako pierwszy wybór, ale jego obecność i stosunek do młodszych piłkarzy są nieocenione. Jednak i on, i selekcjoner muszą zdawać sobie sprawę, że czas bezpowrotnie mija.
Brak alternatywy?
Powołanie byłego gracza Dortmundu to jedno, jednak obecność w kadrze kilku innych nazwisk trudno zrozumieć. Nie przekonują mnie do końca argumenty o słabości polskiej piłki, o braku odpowiednich kandydatów na niektóre pozycje. Czas po przegranym mundialu należy wykorzystać na zmiany personalne w ekipie, która chyba się wypaliła mentalnie. Służyć do tego miała Liga Narodów, po macoszemu traktowana nawet przez prezesa PZPN. Nie można jednak zmianą warty nazywać powoływanie zawodników, którzy od jakiegoś czasu murawę widzą tylko na treningu lub z perspektywy ławki bądź, co gorsza, trybun.
Arkadiusz Reca, młody, perspektywiczny gracz. Materiał na lata dla reprezentacji? Czyżby? Notorycznie odsyłany na trybuny w Atalancie Bergamo. Od poprzedniego zgrupowania nie zagrał ani minuty w klubie.
Rafał Kurzawa, na siłę kreowany jako skrzydłowy, brak ogrania w Amiens. Próbujący odszukać formę po odejściu z Górnika Zabrze.
Czy wreszcie powołany w ostatniej chwili Bartłomiej Drągowski, zagubiony w realiach Serie A, którego występy między słupkami Fiorentiny można policzyć na palcach jednej ręki.
Podałem nazwiska tylko tych piłkarzy jako przykład, bo można by wymienić jeszcze kilka innych. Analizując występy wybrańców selekcjonera w ostatnim okresie w klubach nasunęło mi się pytanie o stan posiadania polskiego futbolu. Nie jestem zwolennikiem drastycznej teorii „nie grasz w klubie, nie grasz w kadrze”, ale czy naprawdę musimy się posiłkować graczami, którzy szczerze mówiąc nie przyprawiają o zachwyt, nawet jakby zaliczali występy w każdej kolejce ligowej.











