Getafe uległo na własnym stadionie Athleticowi 0:1. Bramkę już w 9. minucie zdobył Laporte, czym tak naprawdę rozstrzygnął mecz. Spotkanie nie było porywające, a oba zespoły rzadko dochodziły do klarownych sytuacji strzeleckich.
W ostatnim spotkaniu 10. kolejki La Liga Getafe podejmowało „Lwy” z Bilbao. Gospodarze przystępowali do meczu podbudowani czterema zwycięstwami z rzędu. Z pewnością ich kibice mieli nadzieję na kolejne trzy punkty, tym bardziej że Pedro Leon był w doskonałej formie i nie raz przechylał szalę zwycięstwa na korzyść podmadryckiej ekipy. Athletic czekało trudne zadanie. Baskowie nie imponowali do tej pory formą na wyjazdach i tylko w pierwszej kolejce zdołali pokonać skromny Real Valladolid. Obie drużyny przed spotkaniem zajmowały odpowiednio 5. i 6. miejsce w tabeli, ale nie miały szans na przegonienie czwartego Villarrealu. Lecz poniedziałkowy mecz liczył się przede wszystkim w kontekście bezpośredniej rywalizacji o – być może – występ w europejskich pucharach.

W pierwszych minutach Getafe miało przewagę. Aktywny był Sarabia, który mógł pokonać bramkarza przyjezdnych już w 4. minucie, lecz fatalnie przymierzył. Wcześniej przy równie dogodnej sytuacji nie opanował piłki. Niewykorzystane sytuacje się zemściły. W 9. minucie Laporte najwyżej wyskoczył w polu karnym gospodarzy i mocnym uderzeniem głową posłał futbolówkę do siatki. Po tej bramce Athletic trochę się otrząsnął z ospałości i jego piłkarze z każdą chwilą stawali się coraz groźniejsi, stosując pressing już na połowie rywala.
W ekipie gospodarzy wyraźnie można było dostrzec linie ofensywy i defensywy. Poszczególne formacje były zbyt oddalone od siebie. Aż dziwne, że goście tego nie potrafili wykorzystać i łatwo przepuszczali prostopadłe piłki od obrońców do Sarabii czy Pedro Leona. W Getafe zdecydowanie szwankowało wykończenie, bo podmadrycki zespół stwarzał sobie sytuacje bramkowej i gdyby nie felerna strata bramki, można by powiedzieć, że kontrolował wydarzenia na boisku. Raz na jakiś czas do głosu dochodzili goście. Ander Herrera, widząc, że Moya wyszedł z bramki, pięknym strzałem z połowy boiska chciał go zaskoczyć, lecz Hiszpan okazał się czujny. W pierwszej połowie było dużo niedokładności i strat z jednej i drugiej strony. Jak podczas typowego meczu walki, gra toczyła się przeważnie w środku pola, a dobrych okazji do zmiany wyniku było niewiele.
Getafe walczyło, szarpało, aż w końcu dopięło swego. Dwie minuty przed końcem pierwszej części spotkania sędzia odgwizdał karnego po faulu na Colundze. Iraizoz jednak świetnie wyczuł intencje strzelającego Diego Castro i rzucił się w lewy róg. Ponieważ uderzenie nie było silne, to Bask zdołał wybić futbolówkę. Bilbao miało wynik i nie musiało specjalnie szarżować na połowie gospodarzy. „Los Leones” ograniczali się właściwie do sporadycznych kontr albo walki w środku pola. Getafe za wszelką cenę próbowało zdobyć przynajmniej wyrównującą bramkę, ale ataki piłkarzy z Coliseum Alfonso Perez albo były nieskuteczne, albo rozbijane przez defensywę gości.











