W 34. kolejce La Liga Espanyol Barcelona udowodnił, że aby wysoko wygrać mecz, nie trzeba przeprowadzać wielu akcji, wystarczy pięć strzałów w światło bramki. Getafe udowodniło, że grając w eksperymentalnym składzie, można odnosić przekonujące zwycięstwa nad dobrymi drużynami. Villarreal udowodnił, że karma istnieje – kolejkę wcześniej strzelił zwycięskiego gola kilka sekund przed końcem starcia, w ten weekend niemal w tym samym momencie stracił bramkę i tym samym dwa punkty. To tyle, jeśli chodzi o świadectwa futbolowe.
Kiedy w środę zegar wskazywał 10:06, Joaquin Sastre jak każdego dnia pracował w biurze w Buenos Aires. Wtedy zadzwonił telefon: „Cześć, jestem Marcelo. Czy rozmawiam z Joaquinem?”.
Joaquin Sastre jest księgowym, urodził się w miejscowości Villa Dolores w argentyńskiej prowincji Kordoba, ma 24 lata. Na pół etatu gra w piłkę w ekipie Universidad Nacional de Cordoba. Jest bielsistą, prawdziwym fanatykiem „El Loco”.

– Rozmawiam z Joaquinem? Dostałem od pana list – powiedział Bielsa po przywitaniu się.
– Tak, to ja. Proszę się nie rozłączać, zaraz wyjdę na zewnątrz… Czy pan to Marcelo… Bielsa? – odpowiedział zaskoczony fan.
– Nie mogłem wykrztusić słowa, byłem bardzo zdenerwowany, nie widziałem, co się dzieje. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Bardzo zaskoczyło mnie to, że wiedział wszystko o moim liście – wspominał potem Joaquin.
28 lutego 2012 roku Joaquin wysłał list na adres Athleticu Bilbao. Przesyłka przeznaczona była dla Marcela Bielsy i zawierała trzy ręcznie zapisane kartki. – Napisałem odręcznie, ponieważ wydawało mi się, że tak będzie bardziej autentycznie. Poświęciłem na to dwa dni, list był poplamiony i pokreślony – chciałem, żeby tak było, bo napisałem prosto z serca. Powiedziałem mu, że jest życiowym przykładem, że nie mogę uwierzyć, iż do mnie zatelefonował, i życzyłem szczęścia w następnym spotkaniu [mimo szczerych życzeń Joaquina zremisowanym 2:2 z Granadą – przyp. red.].
Wprost trudno w to uwierzyć. Marcelo Bielsa, będąc w Bilbao, sięgnął po słuchawkę telefonu i udowodnił, że jest szaleńcem – ale szaleńcem z wielkim sercem. Argentyńczyk nie stroni od ludzi. W internecie pełno jest filmów, na których widać, jak przytula przybyłe na treningi Basków dzieci – czasem nawet najmłodsi dają mu trenerskie rady – rozmawia z fanami, rozdaje autografy, pozuje do zdjęć. Zawsze uśmiechnięty, ubrany w nieśmiertelny szary dres.
Ten poczciwy pan przybył do Baskonii na początku tego sezonu, zastępując bezbarwnego – choć też niedocenianego przez działaczy – Joaquina Caparrosa. Nie skłamiemy, jeśli powiemy, że to Andaluzyjczyk położył podwaliny pod ekipę „Los Leones”, wyciągnął z rezerw 3/4 obecnej jedenastki, wywalczył prawo do gry w Lidze Europy. „Jokin” był w Bilbao kochany, większość kibiców każdego wieczora zapalała świeczkę i składała świeże kwiaty pod ołtarzem z jego zdjęciem. Przyszedł szalony Bielsa i na nowo poskładał baskijską układankę. Wyrzucił paru piłkarzy, tych, którzy zostali, pozamieniał miejscami na boisku. Awansował do finału Pucharu Króla, awansował do półfinału Ligi Europy. Teraz to Bielsę w Bilbao kochają. W niedzielę naprzeciw Athleticu – wciąż walczącego o występ w przyszłorocznej Lidze Mistrzów – stanęła Mallorca Joaquina Caparrosa. Gracze z Balearów nie przestraszyli się atmosfery panującej na San Mames, walczyli dzielnie, lecz przegrali. Wynik potyczki ustalił w pierwszej połowie Fernando Llorente strzałem głową.










