Kilkadziesiąt godzin temu dowodzony przez „El Loco” Athletic dał Manchesterowi United lekcję futbolu. Były selekcjoner kadry „Los Albicelestes” znów znalazł się w blasku reflektorów. Jego praca w Kraju Basków została dostrzeżona.
„El Loco” – „Szalony”. Bielsę często pytają o ten pseudonim. Zawsze odpowiada w ten sam sposób. Cicho, ze wzrokiem wbitym w podłogę lub blat stołu. – To przezwisko jeszcze z czasów dzieciństwa, nic wielkiego. Patrząc na Argentyńczyka, faktycznie można dojść do wniosku, że szaleństwa w nim nie ma za grosz. Na pierwszy rzut oka facet wydaje się zupełnie niezwariowany, bardzo cichy, jakby niepewny tego, co robi. Gdy jednak przyjrzymy się bliżej, zaczniemy dostrzegać coraz więcej szczegółów. Coraz więcej elementów, które razem dadzą obraz czystego szaleństwa. Albo geniuszu. Bo chyba „El Genio” byłoby lepszym przydomkiem dla pochodzącego z Rosario trenera.

Pojawienie się Argentyńczyka w Bilbao było nieco zaskakujące. Przecież Bielsa miał już za sobą krótką, niezwykle nieudaną przygodę z hiszpańskim futbolem. Przez kilka tygodni był trenerem Espanyolu i pozostawił po sobie bardzo złe wrażenie. Pojawiły się głosy, że Marcelo nie nadaje się do europejskiej piłki. Ale nowy prezes Athleticu, młody Josu Urrutia, potrzebował mocnej karty do walki z klubową opozycją. I właśnie tą kartą był Bielsa. Nie jest tajemnicą, że rozmowy z Argentyńczykiem były długie. Były też jednak całkiem gładkie, bo trenerowi podobał się pomysł pracy w Bilbao. Zanim jeszcze „El Rosarino” objął stery nad „Los Leones”, zażądał dostarczenia nagrań wszystkich meczów zakończonego właśnie sezonu. Po otrzymaniu 38 filmów Bielsa zamknął się w domu i je wszystkie obejrzał – nie, nie obejrzał – przeanalizował na wylot. Wycisnął je do ostatniej kropli. Zrobił kilkaset stron notatek, spakował się i poleciał do Bilbao. Następnego dnia miał się spotkać z dziennikarzami, ale odwołał konferencję i poprosił o zawiezienie go do położonej pod miastem Lezamy, legendarnej szkółki „Lwów”. Spędził tam cały dzień, oglądał treningi młodzieży i dzieci, zaznajamiał się z infrastrukturą i długo rozmawiał z trenerami. Później wrócił do hotelu. Bo właśnie w hotelu się zatrzymał. Nie kupił ani nawet nie wynajął domu. Powiedział, że tego nie potrzebuje, że wystarczy mu hotelowe łóżko. I tak pozostało do dziś. Argentyńczyk nie lubi luksusu, nie potrzebuje go do szczęścia. Niemal legendarna jest też nienawiść Bielsy do garniturów. Gdy piłkarze i trenerzy Athleticu robili sobie wspólne zdjęcie właśnie w garniturach, Marcelo się po prostu nie pojawił. Jego ubiorem jest szary dres z naszytym herbem klubu z San Mames.
Na pierwszym treningu klubu Argentyńczyk zaskoczył wszystkich odważnymi posunięciami taktycznymi. Z miejsca odsunął od treningów Koikiliego, Iona Veleza, Anauta Zubizaurre i Inigo Diaza de Cerio. I już nigdy z ich usług nie skorzystał. Bielsa, jeszcze zanim przeprowadził inauguracyjne zajęcia, wiedział o tej drużynie prawie wszystko. Gigantyczne notatki sporządzone na podstawie wielokrotnego maniakalnie dokładnego oglądania nagrań meczów poprzedniego sezonu były podstawą. Resztę informacji Argentyńczyk uzyskał w Lezamie, gdzie rozmawiał z ludźmi znającymi zawodników pierwszej drużyny lepiej niż ich własne matki. Poza wymienioną grupą wyrzutków na wylocie znaleźli się też inni. Ustaritz, Urko Vera i Orbaiz zostali poproszeni o odejście. Dla ich dobra. Bielsa wiedział, że nie będzie na nich stawiał, ale nie chciał zostawiać ich na lodzie. Szybko załatwiono okazyjne transfery, odpowiednio do Betisu, Herculesa i ligi greckiej. Przed przybyciem „El Loco” kadra Basków była gigantycznie rozrośnięta i zawierała prawie 40 nazwisk. Do rozgrywek La Liga można było zgłosić tylko 25 piłkarzy. Właśnie dlatego Bielsa tak chorobliwie dokładnie przygotowywał się do pojawienia się w Bilbao. Chciał od razu mieć gotową listę piłkarzy, z którymi przepracuje okres przygotowawczy. Po mniej więcej tygodniowych przetasowaniach w końcu kadra się wykrystalizowała. Uzupełniono ją zawodnikami ze szkółki, między innymi takimi perłami, jak: Inigo Ruiz de Galarreta, Jonas Ramalho czy Enric Saborit, i rozpoczęto sezon przygotowawczy. Te dwa miesiące były dla „Lwów” prawdziwym szokiem.













