W trakcie przerwy spowodowanej pandemią Maciej Bartoszek jak za dotknięciem magicznej różdżki odmienił grę i mentalność zawodników Korony Kielce. W spotkaniu z Wisłą Płock „Żółto-czerwoni” zaprezentowali dawno zapomniane atuty, z których przez lata słynęli – waleczność, wybieganie i zaangażowanie. To bardziej niż okazały rezultat poprawiło nastroje w Kielcach. Rozbudziło także nadzieję, iż walka o utrzymanie może zakończyć się powodzeniem.
Ligowy Bigos to seria felietonów, w których będziemy skupiali się na najważniejszych wydarzeniach związanych z naszą rodzimą ligą. Dzisiaj poruszamy temat niespodziewanego wysokiego zwycięstwa Korony Kielce w Płocku, które może na dobre zmienić wynik walki „Żółto-czerwonych” o uniknięcie degradacji.
Ponad jedenaście lat temu po rzucie Artura Siódmiaka w spotkaniu piłkarzy ręcznych z Norwegią rozsławiona została tzw. jedna wenta. Nowa, nieformalna jednostka czasu, nazwana na cześć selekcjonera naszej reprezentacji. Piętnaście sekund, które liczy wspomniana wenta, całkowicie odmieniła losy ćwierćfinałowego spotkania. Po niedzielnym meczu Korony Kielce w Płocku nietrudno znaleźć analogię. Przez 90 minut na Stadionie im. Kazimierza Górskiego zmieniło się wszystko. Przebieg meczu, postrzeganie zespołu z Suzuki Areny i szacowanie szans kielczan na utrzymanie. Podobnie jak ponad jedenaście lat temu w Chorwacji powstała także nowa jednostka. Jeden bartoszek – jednostka nadziei.
Bartoszek – jednostka nadziei
To wielki paradoks. Szkoleniowiec, który mimo pozytywnych rezultatów został trzy lata temu pozbawiony pracy na Suzuki Arenie, teraz może uratować klub przed degradacją. Losy trenerów bywają jednak nieprzewidywalne. Na szczęście dla Korony Kielce Maciej Bartoszek nie chował urazy. Wręcz przeciwnie, gdy otrzymał sygnał z klubu, podjął się – według wielu – niemożliwego. Głosów wieszczących niechybny spadek „Żółto-czerwonych” nie można było jednak potępiać. Szwankowało praktycznie wszystko, od atmosfery w zespole, po defensywę i przede wszystkim atak. Nie było niczego. Po meczu w Płocku wydaje się, że jest wszystko.
Jedna jaskółka wiosny oczywiście nie czyni, lecz po wyrównującej bramce gołym okiem widać było ulgę w zespole. Radość z gry i kombinacyjne podania. Tego kibice „Żółto-czerwonych” od dawna nie uświadczyli. To było 60 minut (pierwsze półgodziny nie rzucało na kolana) satysfakcji z oglądania gry Korony Kielce. A to wszystko przecież w momencie, gdy problemy tylko się nawarstwiły.











