Atletico pokonało Valencię 4:2 i jest zdecydowanie bliżej awansu do finału Ligi Europy. Piłkarze Diego Simeone nałożyli ogromny pressing na swoich rywali, a to przyniosło korzystny rezultat w postaci czterech goli. Jednak dwie bramki stracone w doliczonym czasie gry pierwszej i drugiej połowy mogą się okazać kluczowe dla losów dwumeczu.
W hiszpańskim półfinale Ligi Europy doszło do pojedynku Atletico Madryt i Valencii. Zespół z Vicente Calderon, na którym dziś był rozgrywany mecz, od razu po pierwszym gwizdku ruszył do ataku. W 4. minucie po znakomitym rajdzie Ardy Turana i błędzie obrony idealną okazję zmarnował Diego. Jego strzał z dziesiątego metra został świetnie obroniony przez Diego Alvesa. Jednak to rozochociło gospodarzy. Przy głośnym dopingu licznie zgromadzonej publiczności stosowali wysoki pressing. Valencia miała przez to lekkie problemy z wyprowadzeniem piłki. Nawet tak znakomicie wyszkoleni technicznie piłkarze gubili się, gdy gracze w biało-czerwonych strojach atakowali ich z wielką agresją. Widać było w tym rękę Diego Simeone, który sam był znany z takiej gry. W 9. minucie po kolejnym podobnym błędzie w środku pola Valencii zza pola karnego uderzał Falcao. A już niecałe 60 sekund później w idealnej pozycji do zdobycia gola znalazł się Adrian. Reprezentant hiszpańskiej młodzieżówki bardzo łatwo minął dwóch obrońców, lecz strzelił zbyt lekko, by zaskoczyć bramkarza gości. Valencia grała źle, bojaźliwie. Jej piłkarze popełniali głupie błędy. Jak chociażby w 15. minucie, gdy Feghouli, zamiast wybijać piłkę, próbował ograć Flipe Luisa. Mogło to się skończyć golem, gdyby nie szybki faul wspomnianego Algierczyka tuż przed polem karnym. Trzy minuty później po kolejnym zagapieniu się defensorów szczęście gości się skończyło. Rami dał się zbyt łatwo minąć Adrianowi, ten wrzucił futbolówkę w pole karne, a tam idealnie znalazł się już Falcao. Strzelił głową, ponieważ piłka odbiła się jeszcze od nóg Jordiego Alby. Kolumbijczyk, słynący z czujności, po raz wtóry udowodnił, że jest znakomitym, perfekcyjnym wręcz snajperem. Trybuny Vicente Calderon ożyły ze zdwojoną mocą. Atmosfera była tak gorąca, że poplątane nogi piłkarzy Valencii nikogo nie mogły dziwić. Jedynym, który próbował walczyć, był Roberto Soldado. Napastnik starał się, jak mógł, ale sam przecież nie był w stanie wypracować sobie sytuacji, a potem jeszcze jej wykorzystać.

Chaos, niedokładność, nieporozumienia – tak można było scharakteryzować grę gości. Nie wychodziło im praktycznie nic, a przecież udowodnili w tym sezonie, nawet rundę wcześniej, jak są znakomicie wyszkoleni technicznie. Dziś wyglądali tak, jakby ktoś im te umiejętności odebrał. Natomiast Atletico czerpało z tego pełnymi garściami. Cały czas stosowało pressing i napierało nieprzerwanie na będących przy piłce zawodników Valencii. Dopiero w 31. minucie goście stworzyli sobie pierwszą okazję do zdobycia gola. Oczywiście nie po akcji, ale po stałym fragmencie gry. Jednak uderzenie głową Ramiego minimalnie minęło słupek. Z gry podopiecznym Unaia Emery’ego nie wychodziło nic. Nawet gdy gospodarze zostawiali im więcej miejsca, pozwalali przejąć inicjatywę, i tak na nic to się zdawało. Zdecydowanie większą ochotę do gry wykazywali piłkarze ze stolicy. Wyglądali, jakby od dzisiejszego spotkania zależało ich życie. Stąd może też ta ogromna liczba pomyłek Valencii, presja nałożona na gości była bowiem ogromna. Agresywnie atakujący rywale, głośni kibice i co najważniejsze, ogromna liczba nieporozumień w obronie. To wszystko składało się na obraz fatalnej pierwszej połowy, jeśli popatrzymy z perspektywy gości. I gdyby nie doliczony czas gry i szczęśliwy gol Jonasa po rzucie rożnym, pewnie trener Emery wymieniłby od razu trzech zawodników. Tymczasem już w trzeciej minucie doliczonego czasu gry Brazylijczyk zaskoczył defensywę gospodarzy i po zgraniu Ramiego umieścił piłkę w siatce. Czyniąc wynik bardzo, ale to bardzo niesprawiedliwym, gdybyśmy patrzyli tylko na styl gry. Lecz nikt przecież nie powiedział, że piłka nożna jest sprawiedliwa.











