Tak to już w hiszpańskich klubach jest, że każdy z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Barcelona wprowadza do swojego składu wychowanków akademii, Real zaś rozsyła ich po świecie, a taki Athletic niemal w całości składa się z piłkarzy powiązanych z Baskonią. Nieco inny powód do dumy ma lokalny rywal „Królewskich”, Atletico, który w ostatnim czasie stał się prawdziwą wytwórnią wybitnych napastników, która przynosi gigantyczne dochody.
Pierwszym genialnym atakującym, który zapoczątkował imponującą historię przedniej formacji w „Rojiblanos”, był Fernando Torres. Hiszpan zadebiutował na Vicente Calderon w wieku 17 lat i z miejsca stał się podstawowym graczem „Atleti”. Panują nawet opinie, że jest najlepszym piłkarzem, jakiego kiedykolwiek zrodziła miejscowa akademia. Ci, którzy forsują takową opinię, mają bardzo mocny argument w dłoni, a więc liczby. A te w przypadku „El Nino” są imponujące: 59 trafień w 140 meczach, co daje bramkę niemal co drugi mecz. Oczywiście w późniejszej historii byli tacy, którzy mogli się pochwalić lepszymi statystykami, ale bez wątpienia mieli także bardziej utalentowanych pomocników. Taki Costa miał do pomocy Koke, Ardę Turana czy Raula Garcię, a Torres strzelał bramki, mając za plecami Maxiego Rodrigueza czy Martina Petrova. To jednak nie przeszkodziło mu w zdobyciu chociażby takiej bramki:
Ostatecznie w lecie 2007 roku doszedł do wniosku, że Madryt jest już dla niego za mały i postanowił szukać szczęścia w Premier League. Abstrahując od tego, jak później potoczyły się jego losy w tej lidze, szczególnie podczas gry w Chelsea Londyn, akurat pobyt w stolicy Hiszpanii może wspominać bardzo dobrze. Podczas ostatniego okienka pojawiły się pogłoski, że Torres może wrócić na Vicente Calderon w ramach rozliczenia za Diego Costę. Do tego jednak nie doszło.
„El Nino” przeniósł się do Liverpoolu za 25 milionów funtów, a jeszcze w czasie tych negocjacji został zakontraktowany Diego Forlan, a więc kolejny wybitny egzekutor w kadrze „Rojiblancos”. Oczywiście trzeba pamiętać, że w żaden sposób nie można go wprost nazywać produktem tej fabryki, ale nie można zapomnieć, że zawdzięcza Atletico nie mniej niż jego następcy. To właśnie w Hiszpanii, a przede wszystkim na Vicente Calderon, ponownie rozbłysła jego wielka gwiazda, po tym jak bez żalu pożegnano się z nim w Manchesterze United. W stolicy Hiszpanii stał się prawdziwym goleadorem, który doprowadził zespół do tryumfu w Lidze Europy. Urugwajczyk nie zapominał przy tym o indywidualnych osiągnięciach, które pozwoliły mu sięgnąć po Złotego Buta.
Partnerem Forlana było kolejne cudowne dziecko Atletico, czyli Sergio Aguero. Tutaj, w porównaniu z Torresem, nie mówimy jednak o wychowanku, lecz o piłkarzu, za którego trzeba było wyłożyć pieniądze, a w dodatku wcale nie małe. To spowodowało, że bardzo szybko pojawiły się głosy powątpiewania, czy mamy do czynienia z udanym ruchem transferowym, a nie przypadkiem pieniędzy wyrzuconych w błoto. Tyle że popularny „Kun” od pierwszego dnia pobytu na Calderon udowadniał niedowiarkom, że jest wart każdej sumy. To spowodowało, że licznik jego bramek zatrzymał się na równej setce i podobnie jak „El Nino” mógł myśleć o kontynuowaniu kariery na Wyspach. Jak możemy ostatnio zaobserwować, strzelanie bramek przychodzi mu każdego dnia z jeszcze większą łatwością. I już dawno spłacił gigantyczne fundusze, jakie „The Citizens” przelali na jego konto. Chociażby tym trafieniem:












