Tekst nie będzie traktował o mizernej formie Athleticu w lidze hiszpańskiej ani stracie dziewięciu goli w dwóch meczach. To będzie tekst o tym, że głupota faktycznie jest nieskończona.
Parę lat temu Real Madryt robił podchody pod zakup Fernando Llorente. Wiecie, standardowa gierka działaczy z Santiago Bernabeu. Jakieś artykuły w prasie, przypadkowe wypowiedzi itd. Typowe podgrzewanie atmosfery. Dlaczego o tym piszemy? Ano dlatego, że właśnie wtedy zostaliśmy fanami działań prezesa Athleticu Bilbao, pana Fernando Garcii Macui. Bask, gdy tylko zobaczył na okładce „Marki” facjatę „Króla Lwa”, chwycił za telefon, wykręcił numer Florentino Pereza i zaproponował szefowi Realu Madryt zakup napastnika – wpłacenie 36-milionowej klauzuli powiększonej o podatki. W sumie 63 miliony euro. Działacze „Los Blancos” w lot załapali, o co chodzi sternikowi „Los Leones”. Jorge Valdano, stojący jeszcze wtedy na czele madryckich gadaczy, kilka dni później kurtuazyjnie stwierdził: – Athletic zawsze miał bardzo mocną osobowość i to się pewnie nigdy nie zmieni. Transfer nie doszedł oczywiście do skutku.

Teraz prezesem klubu z Bilbao nie jest już pan Garcia Macua. Władzę po nim rok temu objął Josu Urrutia, były gracz „Lwów”. Wydawało się, że postawny, siwiejący dżentelmen będzie negocjatorem tak twardym, jak twardym był obrońcą. Sprowadzenie do Kraju Basków Marcelo Bielsy dawało nadzieję, że faktycznie może będzie dobrze. Nie było. Gdy przyszedł czas próby, Josu zachował się jak szałas przywalony toną gruzu. Złożył się jak domek z kart, nie dał nikomu ochrony, nie ochronił sam siebie i tylko wyszedł na głupca. Parę miesięcy temu Urrutia w konflikcie na linii Bielsa – firma remontująca ośrodek treningowy wystawił trenera i w oficjalnym oświadczeniu skrytykował jego działania. Argentyńczyk był dosłownie o krok od opuszczenia Bilbao. Został, bo uznał, że skoro ma ważny kontrakt, to wypada go wypełnić. Dobre wcześniej stosunki z prezesem zmieniły się w lodowatą obojętność. A przecież można było całą sprawę wyciszyć. W prywatnej rozmowie zapewnić „El Loco” o bezwarunkowym poparciu i zapomnieć o kłopotach. Ale po co zapominać, jeśli można walnąć komunikat na oficjalnej stronie klubu? Niech świat wie.
Ostatnio Josu Urrutia bardzo dziwnie zareagował na ruchy transferowe. Wszyscy wiemy, jak wyglądała sytuacja. Po rozczarowującym sezonie, zakończonym dwoma laniami w finałach pucharów, kluczowi zawodnicy Athleticu, Javi Martinez i Fernando Llorente, poprosili o zgodę na odejście. W obu przypadkach prezes zachował się tak samo – ogłosił, że jedyną możliwością jest transfer za kwotę zapisaną w klauzuli odstępnego. Żadnych negocjacji nie będzie. To stanowisko bardzo zabolało zwłaszcza „Króla Lwa”, którego kontrakt obowiązuje jeszcze tylko przez rok. Bask liczył, że działacze pozwolą mu odejść za nieco mniejszą sumę i nie będą blokowali rozwoju kariery. Gdy okazało się, że sytuacja jest patowa, napastnik ogłosił, że nie podpisze nowego kontraktu i w 2013 roku opuści Bilbao za darmo. To był dla Urrutii cios. Zamiast 36 milionów będzie okrągłe zero. W przypadku Javiego Martineza było jeszcze zabawniej, bo ktoś zdecydował się na wpłacenie kwoty z klauzuli. Bayern położył na stole 40 milionów i pokazał Josu środkowy palec. Nie będzie teatru. Płacimy, wysyłamy dokumenty do federacji i zapominamy o sprawie. Athletic nie ma tu nic do gadania. Możemy się domyślać, że prezes Athleticu bardzo źle zareagował na informację, że Martinez opuścił nocą Bilbao i nad ranem przeszedł testy medyczne w Monachium.











