Piłkarze Athletiku Bilbao bez większego problemu ograli na wyjeździe Atletico Madryt i pewnie zmierzają ku europejskim pucharom. Oba gole strzelił Gaizka Toquero, przy obu asystował Andoni Iraola.
W meczu rozgrywanym na Vicente Calderon spotkały się kluby, których historia jest ze sobą ściśle związana. Atletico, klub założony przez kibiców Athletiku emigrujących z Kraju Basków do Hiszpanii, na początku nazywał się Athletic Madryt. Spotkania drużyn prezentujących skrajnie różny styl gry zawsze są ciekawe i od początku było wiadomo, że tak będzie i w tym przypadku. Obie ekipy przystąpiły do meczu w stosunkowo mocnych składach, osłabionych pojedynczymi absencjami (Amorabieta, Aurtenetxe, Garcia).

Początek spotkania to mocne uderzenie Atletico dzielnie przyjęte przez twardą obronę Basków, w której warto wyróżnić zastępującego Amorabietę Borję Ekizę. Jest to rzadki przykład debiutanta, który wskoczył od razu do pierwszego składu drużyny na tak newralgiczną pozycję jak środek obrony i temu zadaniu sprostał całkowicie. Ataki miejscowych, napędzane kreatywnością Reyesa i Eliasa, nie były w stanie zagrozić bramce świetnie dziś dysponowanego Gorki. Po około dziesięciu minutach role się odwróciły i to przyjezdni zaczęli odważnie atakować pole karne De Gei, który raz po raz udowadniał, że w łapaniu i odbijaniu futbolówki trudno się z nim równać. Świetne zawody rozgrywał Javi Martinez, który jak zwykle wziął na siebie ciężar rozegrania piłki. Aktywny był też Iker Muniain. Mecz toczony był w szybkim tempie, piłka przemieszczała się spod jednego pola karnego w drugie, nie stwarzając jednak wyraźnego zagrożenia. Na dziesięć minut przed końcem pierwszej połowy Llorente otrzymał świetne podanie w pole karne, zabrał się z piłką, ale na drodze stanął mu Luis Perea. Walkę bark w bark wygrał defensor, jednocześnie jednak lekko podcinając najlepszego strzelca Athletiku. Sędzie Teixeira Vitienes nie wahał się i wskazał na miejsce wykonania rzutu karnego. Pokazał też czerwoną kartkę, co było już niestety sporym błędem, bo Perea nie zasłużył nawet na kartkę w kolorze żółtym. Po krótkiej sprzeczce piłkarzy Atletico z sędzią i piłkarzy Athletiku między sobą, z piłką w rękach w pole karne wszedł Fernando Llorente i… nie trafił w bramkę! Wielkie szczęście De Gei, bo piłka minęła słupek o centymetry. Można powiedzieć, że Fernando w ten sposób chociaż trochę zrekompensował gospodarzom konieczność grania do końca meczu w osłabieniu. Gdy już opadły emocje, gdy już David Lopez wyraźnie zdenerwowany wytłumaczył reprezentantowi Hiszpanii, dlaczego to on powinien strzelać, okazało się, że Forlan pędzi sam na sam z Gorką. Kontynuując zapoczątkowaną przez Llorente politykę minimalnego pudłowania, posłał piłkę obok słupka. Gdy już wydawało się, że obaj bramkarze zejdą do szatki z czystym kontem, świetną wrzutkę Iraoli w pole karne Atletico na gola zamienił Gaizka Toquero. De Gea wobec atomowego strzału z kilku metrów był bez szans.











