Piłkarze Athleticu Bilbao pokonali 1:0 Real Oviedo. Jedyną bramkę już na początku meczu zdobył Oscar de Marcos. Pierwsza połowa spotkania była bardzo, bardzo nudna. Druga bardzo, bardzo ciekawa. A głównym bohaterem był bramkarz gospodarzy, który uratował swoją drużynę przed pogromem.
Marcelo Bielsa, wybierając wyjściową jedenastkę Athleticu Bilbao, pokazał, że nie ma zamiaru lekceważyć trzecioligowego rywala. Argentyńczyk postawił na praktycznie taki sam skład jak w ostatnim meczu ligowym. Gdyby nie absencja kontuzjowanego Fernando Llorente, można by zaryzykować stwierdzenie, że lepszej drużyny na murawę posłać się nie dało.

Mecz rozpoczął się zgodnie z przewidywaniami. Po kilkuminutowym niemrawym szturmie Realu sytuacja na boisku ustabilizowała się i grę zaczęli prowadzić Baskowie. Bardzo aktywni skrzydłowi co chwilę uruchamiali Gaizkę Toquero, a ten dwoił się i troił, by pokonać Lledo. Jednak to nie łysemu snajperowi przypadł zaszczyt bycia pierwszym strzelcem dzisiejszego meczu. W 11. minucie Oscar de Marcos wykorzystał doskonałe podanie do Muniaina, wpadł w pole karne i cudownym strzałem umieścił piłkę w górnym rogu bramki Realu Oviedo. Bardzo dobre tempo meczu po zmianie wyniku nieco siadło. Obie drużyny nie czuły potrzeby forsowania go. Podopieczni Marcelo Bielsy ciągle byli lepsi, ciągle przeważali, ale nie były to ataki huraganowe. W 18. minucie dwa groźne strzały zablokowali stoperzy Athleticu. Widać było, że gospodarze czyhają na stałe fragmenty gry i miękkie wrzutki w pole karne – na więcej „Lwy” nie pozwalały.
Czas mijał, a na murawie, poza kilkoma faulami, nie działo się absolutnie nic ciekawego. Athletic próbował wyprowadzać kontry – zawodziła skuteczność. Real próbował grać długimi piłkami – zawodziła skuteczność. Jedynymi piłkarzami, którym w pierwszej połowie nie można było niczego zarzucić, był duet Iker Muniain – Oscar de Marcos. Obaj biegali, dryblowali, wymieniali między sobą podania i dawali widzom chociaż trochę rozrywki. W drużynie gospodarzy aktywny był Matar Diop, ale była to aktywność dziwna. Czarnoskóry zawodnik miotał się po boisku. A to skopał Herrerę, a to uderzał z dystansu, a to symulował faul w polu karnym. W 46. minucie sędzia Gonzalez gwizdkiem zaprosił piłkarzy do szatni, robiąc wielką przysługę znudzonym kibicom.












