To wydarzenie sportowe miało być swoistą klamrą zwieńczającą futbolową przygodę ulubieńca warszawskich kibiców. I w pewnym stopniu takowym było. Legia zremisowała z Celticiem 2:2, a wspomniany w tytule Artur Boruc mógł powiedzieć wzruszające „goodbye” wszystkim obecnym na stadionie kibicom.
Już na wstępie trzeba wspomnieć, że wczorajsze starcie musimy potraktować raczej w kategorii eventu niż zaciekłej rywalizacji sportowej. W końcu to nie mecz miał być główną atrakcją tego wieczoru, lecz sama jego otoczka. Tak też było. Potyczka co prawda momentami była porywająca, aczkolwiek to nie ona przykuwała uwagę większości obserwatorów.
Typowy sparing?
Nie do końca. Momentami obydwa zespoły rzeczywiście wyglądały, jak gdyby rozgrywały mecz o stawkę. Szczególnie w pierwszej połowie. Jednak różnica klas momentami była aż nadto widoczna. Celtic lepiej radził sobie z operowaniem futbolówką, potrafił wychodzić z większości sytuacji, kiedy to Legia mocniej naciskała pressingiem. Tak na dobrą sprawę podopieczni Kosty Runjaicia w pierwszej części gry bazowali głównie na kontratakach, a i one nie przynosiły upragnionego skutku.
Przyjezdni nacierali, czego dowodem były dwie strzelone bramki, choć mogło być ich więcej. Legię aż trzy razy na przestrzeni kilku minut wyręczył słupek. Wymienione wcześniej gole dla „The Bhoys” można wpisać na konto stoperów stołecznej ekipy Mateusza Wieteski i Lindsaya Rose’a, gdyż popełnili oni przy nich fatalne błędy w kryciu indywidualnym. Takie zachowania nie mogą zdarzać się im w oficjalnych starciach.
Druga połowa natomiast mogła dać fanom Legii lekkie nadzieje związane z tym sezonem, bo ich zespół wyglądał lepiej. Grał odważniej, potrafił wykorzystać błędy Celticu, co idealnie obrazuje bramka Macieja Rosołka. Lecz nie wszystkie z mankamentów w grze „The Hoops” zostały wykorzystane. Wszak Rosołek kilka minut po skierowaniu futbolówki do siatki zdołał też nie trafić do pustej bramki… Gospodarze wyrównali jednak w 66. minucie za sprawą kapitalnego strzału Josue z okolic 25. metra.
Później sam mecz stracił mocno na tempie rozgrywania akcji. Można rzec, że od 70. minuty oglądaliśmy śródtytułowy „typowy sparing”. Celtic bowiem już w przerwie przeprowadził sporo zmian, zdejmując chociażby Japończyka, Reo Hatatę, który zaliczył wcześniej bramkę i asystę. Na dodatek wraz z upływem minut zaczął grać na pół gwizdka. Między innymi też dlatego Legia wyglądała obiecująco w okresie od 45. do 70. minuty.












