Alvaro Arbeloa. Piłkarz. Madridista. Człowiek, który królewskiemu klubowi oddał serce. W meczu przedostatniej kolejki La Liga, przeciwko Valencii, Hiszpan po raz ostatni w karierze wybiegł na murawę Estadio Santiago Bernabeu. Jeśli oglądaliście mecz lub śledziliście Twittera, nie mogło wam to umknąć. „Spartanin” został pożegnany jak legenda.
Kariera
Jako młody chłopak trenował w Realu Saragossa. W 2000 roku przeniósł się jednak do cantery Realu, co, jak się później okazało, miało wpływ na całe jego dalsze życie. W 2003 roku trafił do Castilli – drużyny rezerw „Królewskich”. Przez 3,5 roku rozegrał tam 84 spotkania. W międzyczasie wystąpił w dwóch meczach pierwszej drużyny. Przed sezonem 2006/2007 został sprzedany do Deportivo. W Galicji spędził jednak tylko pół roku, w czasie którego rozegrał 20 spotkań. W zimowym oknie transferowym zgłosił się po niego Rafa Benitez. Alvaro przeprowadził się do Anglii. Przez pierwsze pół roku grał niewiele. Później jednak stał się ważną postacią drużyny i jednym z najlepszych prawych obrońców Premier League. To sprawiło, że o „Robocopie” przypomnieli sobie w Madrycie. Alvaro dojrzał, zebrał doświadczenie, Florentino Perez uznał, że to już czas, by Arbeloa wrócił na stare śmieci.
Niemal z miejsca stał się bardzo ważną postacią drużyny Manuela Pellegriniego. Warto przypomnieć, że do klubu przychodził w tym samym czasie co: Cristiano, Kaka czy Benzema. Transfer „Spartanina” nie był tak spektakularny, nie budził takiego zainteresowania mediów czy kibiców. Mimo to odgrywał w drużynie bardzo ważną rolę. Sytuacja nie pogorszyła się w momencie, gdy drużynę objął Jose Mourinho. Można nawet powiedzieć, że było jeszcze lepiej. Alvaro został jednym z ludzi „Mou”. Stał się Marco Materazzim Portugalczyka w Madrycie. Za trenerem skoczyłby w ogień. I trener mu się za to odwdzięczał, okazując mu zaufanie. Gdy z klubu odszedł Mourinho, a jego obowiązki przejął Carlo Ancelotti, rola „Sprtanina” w drużynie zaczęła maleć. Wiązało się to również z powrotem do Madrytu innego prawego obrońcy – Daniego Carvajala. Od tamtej pory Arbeloa nie był już tak ważny na boisku, był jednak jednym z liderów szatni madridistów. Człowiekiem, który za swój klub oddałby życie.

Białe serce
To właśnie za to pokochali go kibice. Mówisz Arvalo Arbeloa, myślisz Real Madryt. Twitterowe utarczki z Gerardem Pique to tylko wierzchołek góry lodowej. „Robocop” nigdy nie powiedział złego słowa o swoim klubie, zawsze go bronił. Nawet wówczas, gdy więcej czasu spędzał na ławce niż na boisku. Mówił wtedy, że dobro klubu jest najważniejsze, że nie pozostaje mu nic innego, jak walczyć o miejsce w pierwszym składzie. Tak było również wtedy, gdy do klubu dołączył Danilo i wiadome stało się, że Alvaro będzie dopiero trzecim prawym obrońcą. Nie było obrażania się czy skarżenia do mediów. Arbeloa chciał walczyć do ostatniej chwili, do momentu, gdy jego kontrakt z Realem dobiegnie końca. To taką postawą zasłużył sobie na pożegnanie, którego dostąpił 8 maja 2016 roku. Koszulki z jego nazwiskiem na manekinach w klubowym sklepie, wielka koszulka z numerem 17 na sektorze kibiców Realu, podrzucanie oraz szpaler od kolegów z drużyny, przekazanie opaski kapitańskiej przez Sergio Ramosa. Nie można mieć wątpliwości -– Bernabeu pożegnało legendę.











