Sprzedaż Richarlisona w letnim oknie transferowym miała pogrążyć zespół z Vicarage Road. Zepchnąć w dół tabeli i skazać na walkę o ligowy byt do ostatniej kolejki. Stało się inaczej. „Szerszenie” prezentują się w obecnym sezonie rewelacyjnie, gromadząc po czterech spotkaniach komplet punktów. Zespół Javiego Gracii przypomina dobrze funkcjonujący mechanizm, który co tydzień przekonuje swoim funkcjonowaniem kolejnych sceptyków.
Sytuacja w futbolu dość niecodzienna. Strata czołowego gracza w letnim oknie transferowym (a takim dla „Szerszeni” był Richarlisona) w przeważającej liczbie przypadków zakończyłaby się sporym regresem w sferze jakości zespołu. Tego właśnie spodziewano się po Watfordzie. Zamiast progresu „Szerszenie” miały opaść w dół tabeli. Dryfować gdzieś nad czerwoną linią odgradzającą ich od strefy spadkowej. Być może wdać się nawet w długą i wykańczającą walkę o utrzymanie. Na Vicarage Road jednak doskonale wiedzieli co robią. Javi Gracia niczym dobra wróżka posypał magicznym pyłem i zmienił Watford w zespół z kompletem czterech zwycięstw na koncie.
Od Włoch po Półwysep Iberyjski
Klub z Vicarage Road szerszej publiczności kojarzył się dotąd (i słusznie) z właścicielem Gino Pozzo, znanym z częstych zmian szkoleniowców. Włoski biznesmen przez lata poszukiwał odpowiedniego kandydata, który z powodzeniem poprowadziłby Watford i wyrwał zespół z marazmu, jakim jest walka w drugiej połowie tabeli. Wynik nie był jednak jedynym kryterium. Ponadto „Szerszenie” miały prezentować ładny dla oka, ofensywny futbol. Na próbie spełnienia niemałych wymagań właściciela poległo wielu szkoleniowców. Zarówno tych bardziej jak i mniej znanych. Szczególnie, że Gino Pozzo cierpliwością nie grzeszył. Ilością pomysłów jednak już tak. Najpierw próbował szkoleniowców z włoskiej szkoły trenerskiej. Gdy to nie wypaliło, biznesmen skierował się na zachód – na Półwysep Iberyjski.

W ten sposób na Vicarage Road zawitał Marco Silva. Menedżer swoją wartość pokazał już w Hull City, czym zaimponował właścicielowi „Szerszeni”. Portugalski trener wpoił zespołowi ofensywny styl gry (czyli spełnił jedno kryterium). Odtąd Watford grał piłką oraz prezentował futbol oparty głównie na szybkich i krótkich podaniach. Na nieszczęście dla Marco Silvy w parze z wartościami estetycznymi nie przyszły wyniki. Brak powodzenia na tym polu kosztował menedżera posadę. Decyzja jednak bardzo zaskakująca, gdyż jeszcze kilka tygodni wcześniej Gino Pozzo nie puścił szkoleniowca do Evertonu. Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Dzisiaj wiadomo, że gdzieś głęboko ukryta, z dala od światła słonecznego, ale była.
Następcą Portugalczyka mianowano Javiego Gracię. Wybór równie zaskakujący, co zwolnienie Marco Silvy. Początek pracy Hiszpana na Vicarage Road był co najmniej kiepski. Tylko cztery zwycięstwa w piętnastu meczach – aż dziw, że Gino Pozzo nie wcisnął guzika do zwalniania trenerów. Może przycisk się zaciął, ale nawet jeśli, to wyszło to na dobre…












