Treser jakichkolwiek dzikich zwierząt ma niełatwe zadanie. Chwila nieuwagi, jakikolwiek błąd i może skończyć się tragicznie. To wszystko przy założeniu, że treser ma jakiekolwiek kwalifikacje. W innym przypadku prawdopodobieństwo dramatu znacznie się zwiększa. Nie inaczej jest w reprezentacji Anglii. Kadrę „Trzech Lwów” już od lat prowadzą trenerzy bez odpowiednich kwalifikacji. Błędne koło co jakiś czas się zamyka. Lwy pożerają tresera, a w jego miejsce przychodzi kolejny – również z wątpliwymi umiejętnościami.
O tym, że Anglicy przynajmniej w kwestii futbolu są święcie przekonani o swojej wyższości nad innymi, nie trzeba raczej nikogo przekonywać. Przed każdym turniejem rangi mistrzowskiej celują w medal, a nawet w zwycięstwo. Nikt racjonalnie nie ocenia szans i celów. Przerost ambicji? Być może, jednak owe aspiracje mają pewne podstawy. Niezmiennie od lat Anglicy dysponują graczami o olbrzymim potencjale. Jednostkami nierzadko wybitnymi, które zachwycają na co dzień w rozgrywkach klubowych. Piłkarzami klasy światowej. Tak było i jest nadal. Jednak nawet grono najlepszych zawodników potrzebuje odpowiedniego przewodnika. Potrzeba trenera, który kilkanaście jednostek scali w zespół.
W tym miejscu pojawia się największy problem reprezentacji „Trzech Lwów”. Problem, którego od lat nie widzi krajowa federacja. Poziom rodzimych szkoleniowców jest co najwyżej przeciętny. Spośród dziesięciu zespołów zajmujących obecnie miejsca w górnej części tabeli Premier League tylko jeden jest prowadzony przez angielskiego szkoleniowca. To pokazuje skalę problemu. Krajowa federacja zasłania jednak oczy i udaje, że nie widzi. Na selekcjonera reprezentacji od lat wybiera, nie inaczej, trenera z angielskim paszportem.
Ksenofobia kosztem jakości
A przecież jeszcze na początku XXI wieku FA szła zupełnie inną drogą. Uznani w świecie zagraniczni szkoleniowcy jak Sven-Göran Eriksson oraz Fabio Capello zatrudnieni na fotelu selekcjonera wnieśli odpowiednią jakość. Łącznie prowadzili angielską kadrę przez prawie dekadę. Do osiągnięcia sukcesu na wielkich turniejach brakowało ich drużynom czasem dokładności w seriach rzutów karnych, czasem szczęścia. To jednak nie było wytłumaczeniem dla władz angielskiej piłki. Wtedy ktoś w krajowej federacji musiał wpaść na „innowacyjny” pomysł. Skoro zespół „Trzech Lwów” już przegrywa, to niech przegrywa przynajmniej z angielskim selekcjonerem za sterami. Rozpoczął się festiwal kontraktowania niekompetentnych szkoleniowców.
Zatrudnienie Roya Hodgsona najtrafniej można określić mianem sabotażu. Takiego samobója strzelonego, zanim jeszcze jakikolwiek mecz z udziałem Anglików się rozpoczął. Na mistrzostwach świata w Brazylii „Trzy Lwy” nie wyszły z grupy. Ba, zajęły ostatnie miejsce, gromadząc zaledwie punkt. Przynajmniej tyle, że po powrocie zawodnikom było wstyd. Inaczej całą sytuację odbierał Roy Hodgson. Zdjęcia zadowolonego selekcjonera na lotnisku obiegły wówczas angielskie media.














