Styczniowe okno transferowe przebiegło w Anglii nadspodziewanie spokojnie. Kluby z Premier League kupowały mało i za względnie niewysokie sumy. To zaskakujące. Tym bardziej że wiele zespołów, głównie tych z czołówki, ma spore problemy kadrowe. Mimo iż bierność na rynku może kosztować utratę szansy na tytuł, nikt z nich portfela nie wyciągnął. Ryzykowny plan czy jednak strzał w stopę?
Jeszcze podczas pracy w Arsenalu Arsene Wenger często mawiał, że w styczniu kupują jedynie desperaci. Zaliczyłeś falstart sezonu? Wyciągasz portfel. Zespół nie strzela bramek? Kupujesz napastnika. Może i przez podobne działania przemawia desperacja. Jednak też pokazuje, że styczniowe okno transferowe jest swego rodzaju kołem ratunkowym. Oczywiście warto nadmienić, iż może z niego skorzystać tylko klub dysponujący odpowiednimi środkami finansowymi.
Choć często debatowano nad sensem istnienia zimowego okna transferowego (jednym z orędowników jego usunięcia był Arsene Wenger), to ono pozostanie. Sama świadomość (gdy wyniki nie są zadowalające), że w styczniu można będzie zrobić roszady w składzie, wiele daje. Zarówno szkoleniowcom, jak i kibicom. To w skrajnych przypadkach wręcz boja na otwartym morzu. Taka, za którą można się chwycić i mieć nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej. Gorzej, gdy klub/szkoleniowiec/osoba decyzyjna w sprawach transferów odpycha boję i jest zdeterminowana, by odrzucić wszelką pomoc. Nawet w obliczu niekorzystnej sytuacji.

Tak pokrótce można określić sytuację, jaka w styczniu miała miejsce w zespołach z czołówki Premier League. Zarówno Liverpool, Manchester City, jak i Tottenham Hotspur dotknęły problemy kadrowe. Żaden z zespołów nie sięgnął jednak do portfela. O tym, by głębiej pogrzebać, szukając dziesiątek milionów, już nie wspominając. Tak jakby wszystkim przewodziła popularna w naszym kraju myśl – jakoś to będzie. „Jakoś” na pewno. Tylko czy przypadkiem nie bez tytułu?
Jakoś to będzie
Z braku zakupów teoretycznie najłatwiej może obronić się Pep Guardiola. Problemy z kontuzjami w większości już w drużynie Hiszpana minęły. W zespole „The Citizens” nadal są jednak słabe punkty. Punkty, które wychodzą na wierzch w obliczu urazów niektórych graczy. Leciwy już jak na piłkarza Fernandinho nadal pozostaje bez zmiennika. Gdy Brazylijczyk jest na L4, dzieją się rzeczy niestworzone. Manchester City rozdaje punkty. Z drugiej linii zespołu Pepa Guardioli, czyli ściany, momentami robi się autostrada. To zauważyli już rywale i starają się wykorzystać. Tego obawiają się kibice „The Citizens”. Jednak jak na razie Fernandinho nie narzeka na zdrowie, a temat zakupu gracza o podobnym profilu ucichł.
Lewa strona defensywy Manchesteru City generuje podobny problem. Benjamin Mendy więcej się leczy, niż gra. Na próżno w kadrze zespołu z Etihad Stadium szukać zawodnika o podobnej klasie. Wystawianie młodego Oleksandra Zinchenko lub Fabiana Delpha na lewej stronie obrony gwarantuje obniżenie poziomu. To w porównaniu do rywali nie są jednak najwidoczniej problemy, które zdecydowanie zmuszają do sięgnięcia po portfel. Zresztą pokazało to styczniowe okno. Jakoś to będzie.













