Hierarchia w obecnym futbolu została mocno zaburzona. Kluby są traktowane przez zawodników niczym bankomaty i tymczasowe hotele. W przypadku zainteresowania innego zespołu i obietnicy wyższych zarobków (w zdecydowanej większości) robią wszystko, by wymusić transfer. Strajkują, wypłakują się w mediach, symulują kontuzje lub sabotują wręcz grę. W dobie szaleństwa pojawił się chlubny wyjątek. Zawodnik wart naśladowania. Wzór profesjonalisty – Eden Hazard.
Nie od dziś wiadomo, że futbol zdominowały pieniądze. Finanse są najważniejsze dla wszystkich zainteresowanych piłką stron. Oprócz jednej – kibiców. Sympatycy stanowią praktycznie ostatni bastion normalności w futbolu. Romantyzmu, lojalności i pozostałych cnót w tej grze. Chcą wierzyć, że zawodnicy deklarujący miłość oraz przywiązanie do klubowych barw mówią prawdę. Jak się zazwyczaj okazuje, później naiwnie gloryfikują graczy, którzy po zdobytym golu całują klubowy herb.
Szczególnie to ostatnie zachowanie stało się niezwykle popularne wśród zawodników. Wręcz populistyczne. Piłka zna przypadki, w których gracz po zaledwie paru występach dla nowego zespołu entuzjastycznie całował herb klubu. Kibice to kupili. Zawsze kupują. Dlaczego? Chcą wierzyć, że futbol to nadal coś więcej niż tylko pieniądze. Wierzą. Będą wierzyli dalej i dlatego rzesza kolejnych graczy raniła i będzie ranić sympatyków, zaprzeczając swoim deklaracjom niczym idiota oraz odchodząc tam, gdzie zapłacą więcej.
Judasze i tupanie nóżką
Temat dominacji pieniądza nad lojalnością czy ogólnie rzecz biorąc moralnością odżywa praktycznie w każdym oknie transferowym. Zawodnicy uwielbiają podpisywać nowe kontrakty. Najlepiej na kilka lat, bo wtedy prowizja za autograf na papierze jest dużo większa. Potem szybki wywiad, że kocha się ten konkretny klub, że chce się zostać legendą. Jeszcze tylko zdjęcia, uśmiechy i pozostaje czekać na zaksięgowanie przelewu. Kibice w euforii, gdy czołowy gracz parafował umowę na pięć lat. Toż to stabilizacja i pewność. Nie. Nie w obecnych realiach futbolu.

Gdy przelew już zaksięgowany, a po jakimś czasie napatoczy się zainteresowany oferujący wyższe zarobki, zaczyna się przeciąganie liny. Bieżący pracodawca (najczęściej) nie chce sprzedać, bo przecież dopiero co zapłacił grube pieniądze za przedłużenie umowy. Gdy klub jest nieugięty (co smutne i jakże powszechne), zawodnicy starają się wymusić transfer. Większość z nich kreatywnością nie grzeszy. Jednak od czego są agenci i całe grono doradców…
Najczęściej zaczyna się od złożenia prośby o transfer. W rzeczywistości to jednak bardziej groźba. W stylu: jak mnie nie puścicie, to zacznę tupać i krzyczeć. I krzyczą, i tupią. Najczęściej w mediach, opowiadając ckliwe historie o tym, jak bardzo chcą transferu, bo (warto wymienić):
- obecny pracodawca ich oszukał (w jaki sposób? To przecież nieważne…),
- zawsze chcieli grać w klubie Y, chociaż niedawno to samo mówili o klubie X,













