Siłą Ligi Europejskiej powinna być teoretycznie większa liczba emocjonujących i porywających widowisk, gdzie inicjatywa wielokrotnie przechodzi z rąk do rąk. Na dużo niższym niż Liga Mistrzów poziomie trudniej o piłkarskie szachy, łatwiej zaś o więcej miejsca na błyskotliwe zagrania, nawet w wykonaniu mniej wyszkolonych technicznie i taktycznie graczy. Finał tych rozgrywek pokazał jednak co innego.
Często powtarza się, że w sytuacji, gdy decyduje jeden mecz, ważna jest cierpliwość. W pierwszej połowie Porto (klasyczne 4-3-3) cierpliwie atakowało, Braga (4-2-3-1) zaś cierpliwie się broniła. Pogromcy Lecha ustawiali się często całą drużyną za linią piłki i na własnej połowie czekali na ataki rywala. Jest to jeden z trudniejszych systemów do rozpracowania w obronie, więc Porto miało z tym istotne problemy. Pomysł podopiecznych Villas-Boasa polegał na maksymalnym rozszerzaniu pola gry, tak, by rozciągnąć szyki defensywne graczy Bragi i zrobić sobie odrobinę miejsca w centralnej strefie boiska. Mnożyły się akcje skrzydłami, brylował w tym głównie Hulk, po przeciwległej flance do środka schodził Varela (obaj zmieniający się stronami), próbując nieco odciążyć Falcao z krycia dwóch stoperów.
Piłkarze z Bragi zdecydowali się w defensywie na ciekawy wariant – jeden ze stoperów sprawiał wrażenie uskuteczniania krycia indywidualnego, zaś drugi asekurował poczynania kolegi. Ponieważ upilnowanie napastnika Porto wymagało dwóch zawodników, brakowało asekuracji dla bocznych defensorów. Nie nadążali z nią również obronnie usposobieni pomocnicy, przez co skrajne flanki Bragi miały duże problemy z grą jeden na jednego. Bardzo długo poprzez dobre zagęszczanie środka pola gry udawało się czyścić piłki wędrujące z boków w pole karne.
Gol przyszedł skądinąd. Braga zaczęła się cofać coraz bardziej i bardziej, przez co możliwe stawało się szukanie prostopadłych piłek z drugiej linii w okolice pola karnego. Kilka tego typu zagrań defensorzy z Estadio Municipal zdołali przeciąć. Przy tej liczbie zagrań, które wędrowały w okolice pola karne, któreś musiało zaowocować sytuacją. Tę bez trudu i wielkim stylu wykorzystał Falcao. Inicjatywa w zakresie cierpliwości mogła przejść na drugą stronę.
To, że inicjatywa przechodzi w czyjeś nogi, bynajmniej nie oznacza, że ten ktoś zacznie kreować sobie sytuacje. Braga miała jedną doskonałą, wynikającą z indywidualnego błędu. Porto umiejętnie jednak sparaliżowało poczynania rywala. W pierwszej części bardzo cofnięty był Fernando, przy rozegraniu często schodzący głęboko aż do defensywy, w drugiej dołączył do niego Moutinho, Porto przeszło bardziej na bliźniacze do Bragi 4-2-3-1, choć i Guarin szukał bez piłki głębi w defensywie. Wystarczyło to, żeby trzymać rywala na odpowiedni dystans. Nie wystarczało już jednak, żeby tak groźnie kontrować. Doczekaliśmy się więc szachów. Braga jak dotychczas nie radziła sobie w ataku pozycyjnym, więc gdy odpadła możliwość bronienia wyniku, musiała szukać innych wariantów.
Porto jednak broniło się mądrze. Przejęło strategię rywala z pierwszej połowy, możliwie dużo zawodników stawiając za linią piłki. Braga nie miała jednak pomysłu ani umiejętności, by zepchnąć rywala do defensywy na tyle głębokiej, aby móc zaniepokoić Heltona. Choć w drugiej połowie sprawiali lepsze wrażenie, mieli ogromne problemy ze stwarzaniem sobie sytuacji. Doszło do lustrzanego odbicia sytuacji z pierwszej połowy, ale zwierciadło było nieco zakrzywione. Przegrywający zaczęli szukać dłuższych piłek, ale ponieważ Porto broniło się wysoko, ich adresaci, znajdujący się sporo przed polem karnym, natychmiast byli otaczani przez rywala, zaś żaden z nich nie miał umiejętności Hulka czy Falcao. Widzom zaś ze smutkiem przyszło oglądać walenie głową w mur Bragi i postawę Porto do bólu przypominającą, że gdy decyduje jeden mecz, nie ma miejsca na piękno, liczy się kalkulacja.










