Na niespełna sześćset dni przed najważniejszą piłkarską imprezą w historii naszego kraju próżno w mediach szukać konstruktywnych debat na temat taktyki, ustawienia którejkolwiek z formacji. Wolimy zajmować się licytacją, kto wypił więcej buteleczek francuskiego wina na pokładzie samolotu z Kanady.

Nie miękkim robiony
Aby spróbować ogarnąć całą dyskusję na ten temat, najlepiej zerknąć na ostatnie wypowiedzi Franciszka Smudy – trenera z wieloletnim doświadczeniem klubowym, z niejednym spektakularnym sukcesem na koncie. Wielu ze smutkiem stwierdziło, że po objęciu posady trenera (lub jak kto woli: selekcjonera) reprezentacji, zupełnie mu odbiło.
„Nie jestem miękkim ch…. robiony”, powiedział w jednym z wywiadów. Wiele można mu wybaczyć: że ma problemy z prawidłowym formułowaniem zdań w języku polskim, że ma dość osobliwe metody wychowawcze, że ma wątpliwy autorytet wśród piłkarzy. Ale, na Boga, nie dało się tego zdania ubrać w słowa inaczej, łagodniej, bardziej cywilizowanie? Dlaczego „Franio” musi w każdym zdaniu udowadniać swoje twarde, nieprzekraczalne reguły (Peszko, Iwański… hehe), używając słów powszechnie uznawanych za wulgarne? Czy trener jakiejkolwiek szanującej się reprezentacji kiedykolwiek w jakimkolwiek wywiadzie posunął się aż tak daleko?
Gdyby nie to, że podczas ostatniego wywiadu dla kanału nSport razem z trenerem (poza kadrem) była rzecznik PZPN, Agnieszka Olejkowska, bylibyśmy zapewne świadkami małego montażu słowno-muzycznego wziętego spod trzepaka na osiedlu. Każdy, któremu na sercu leży dobro polskiej piłki reprezentacyjnej, powinien wyłączyć telewizor/radio/komputer i odciąć się od wszelkich wypowiedzi prezentowanych przez Smudę. Inaczej, narazić się może na złe samopoczucie, niestrawność, mdłości, rozstrój żołądka i poczucie niewyobrażalnego wstydu. Na całe szczęście, o sukcesie (bądź porażce) selekcjonera decyduje efekt końcowy, a nie metody dojścia do niego. W zaciszu swojego domu „Franek” powinien więc ćwiczyć poprawne, gramatycznie zwroty, najlepiej w kilku językach, bo kiedy zjadą do nas tysiące dziennikarzy, trzeba im będzie coś mądrego powiedzieć. Od udzielania wywiadów w obecnym stylu, Boże, „Franka” uchowaj…
Podpadziocha
Włodzimierz Szaranowicz o Arturze Borucu powiedziałby: „ależ on jest fajter”. W rzeczywistości bramkarz Fiorentiny ma praktycznie identyczny charakterek jak jego reprezentacyjny szef. Nie stroni od kontrowersyjnych wypowiedzi, a cała afera alkoholowa rozkręciła się właściwie od jego wywiadu dla nSportu. Zapewne cała ta sprawa nie miałaby takiego rozgłosu, bo przecież jeden czy dwa wywiady w prasie nie zdołałyby podnieść ogólnonarodowej dyskusji o problemie alkoholu w kadrze. Boruc okazał się być szczerym do bólu, przyznał się do picia. Brawo! Ale, ale… Na pytanie, ile tego wina było, odpowiedział: „Nie ważne”. Nie ważne? Różnica pomiędzy jedną a pięcioma, sześcioma (jak się mówi w kuluarach) butelkami jest aż nadto widoczna dla zwykłego konsumenta. Niezależnie od tego, czy reprezentanci Polski mają z tego tytułu dużo mocniejsze głowy od kibiców. Jego dalsze wypowiedzi brzmią jak tłumaczenie się nastolatka przed opiekunami na obozie. Zamiast skrócić wywiad do 5-7 minut, trwa on 30 i zawiera mnóstwo pokrętnych tłumaczeń, których wyjaśnianie to tylko strata czasu.










