Przygody polskich drużyn w Lidze Europy w ostatnich kilku latach to niezbyt długa historia. Legia Warszawa przełomu, którego oczywiście wszyscy oczekiwali, nie przyniosła i nie powinno to nikogo dziwić, ponieważ jeszcze dużo wody upłynie w Wiśle, zanim w Polsce doczekamy się piłki nożnej na prawdziwym europejskim poziomie.
„To już jest koniec, nie ma już nic.
Jesteśmy wolni, możemy iść.
To już jest koniec, możemy iść.
Jesteśmy wolni, bo nie ma już nic”

Członkowie zespołu Elektryczne Gitary, kiedy tworzyli piosenkę, której refren pozwoliłem sobie wypożyczyć, zapewne nie myśleli o Legii Warszawa, choć kto wie? Po spotkaniu „Wojskowych” z Trabzonsporem jakoś odruchowo zacząłem nucić ten kawałek i wydaje się, że nie bez powodu, ponieważ przygoda mistrza Polski w Lidze Europy powoli się kończy. Legia grała z tureckim klubem lepiej, niż się spodziewałem (choć nie koncertowo), ponieważ wielkie gwiazdy, których nazwiska raziły blaskiem, jak Malouda czy Bosingwa, zamiast atakować, broniły swej bramki jak Częstochowy.
Jestem przekonany, że przez kilka nocy piłkarzom Jana Urbana będzie się śnił ten niesamowity bramkarz Onur Kivrak, który ewidentnie ma jakieś kontakty z kosmitami, ponieważ jego interwencje zaprzeczały momentami prawom fizyki, a wręcz podchodziły pod teleportacje. Wracając do wspomnianych byłych piłkarzy Chelsea: naturalnie jasne jest to, że są już na etapie odcinania kuponów, ale raczej nie zapomnieli, jak się gra w piłkę. W czwartkowym meczu przypomnieli sobie na pewno, jak się gra w defensywie. Trabzonspor w fazie grupowej przyjął taką taktykę na niemal wszystkie dotychczasowe mecze, czyli bardzo silny napór na drużynę przeciwną od pierwszego gwizdka i nadzieja, że wpadnie gol w pierwszych dziesięciu minutach. Jeżeli wpadnie, to wszyscy do tyłu. Na jego szczęście ten kosmiczny golkiper miał bardzo dobry dzień i żaden piłkarz Legii pokonać go nie potrafił. Szczęścia rywale mieli co nie miara, gdyż w końcówce jeszcze podwyższyli wynik. Kto bogatemu zabroni…?

Nie mogę nie wspomnieć o arbitrze tego starcia, który po takim meczu w Polsce byłby prewencyjnie przesłuchany i przewieziony na wycieczkę do Wrocławia, gdzie być może zadaliby mu kilka kłopotliwych pytań. Żarty żartami, ale karny dla Legii powinien być i przyznam, że po raz kolejny bojkotuję sędziów, który stoją za linią końcową. Człowiek, który ma widzieć to, czego nie widzą sędzia boczny i główny, prawdopodobnie przysnął, ponieważ jeżeli taka interwencja nie kwalifikuje się do podyktowania rzutu karnego, to kolejnym progiem byłoby już połamanie nóg. Dodając do tego atak łokciem na Koseckiego, można w pewnym sensie stwierdzić, że sędzia ewidentnie nie był fanatycznym kibicem Legii…












