Najciekawszym wydarzeniem 14. serii spotkań hiszpańskiej Primera Division będą niewątpliwie 252. derby Madrytu. W drugim sobotnim meczu Barcelona powalczy o pozycję lidera również w stolicy – a konkretnie na jej przedmieściach – w Getafe.
Real Madryt – Atletico Madryt
Czyli najważniejsze derby dla wszystkich kibiców w Madrycie. „Los Blancos” jak zwykle są faworytem, ale nie może być inaczej, skoro wygrali ponad połowę z dotychczasowych 251 spotkań. 132 wiktorie to również dwukrotnie więcej, niż ma na swoim koncie odwieczny rywal. „Los Rojiblancos” ostatni mecz wygrali zresztą grubo ponad dekadę temu (w 1999 roku), kiedy to zwyciężyli na Santiago Bernabeu 3:1. Później przyszło sześć remisów i aż trzynaście porażek, co sprawia, że najmłodsi fani tego klubu po prostu nie znają smaku zwycięstwa nad Realem.

Wiele wskazuje na to, że nie poznają go jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy – Real od dłuższego czasu prezentuje futbol jeśli nie perfekcyjny, to na pewno mocno zbliżony do idealnego. Niemal nie traci bramek, sam strzela ich mnóstwo, a styl gry może się podobać nawet największym krytykom ekipy Mourinho. Wynikiem imponującego, zwycięskiego pochodu „Los Merengues” (dwanaście wygranych spotkań z rzędu!) jest prowadzenie w tabeli La Liga i pewny awans do fazy pucharowej Ligi Mistrzów. A Atletico? Mimo milionów euro wydanych w ostatnim oknie transferowym, dalej gra w kratkę, plasując się w środku ligowej stawki. Nieco lepiej podopiecznym Gregorio Manzano idzie w Lidze Europejskiej, z siedmioma punktami przewodzą bowiem w grupie I.
Piłkarze „Los Colchoneros” są świadomi, że aby wygrać z Realem, muszą zaprezentować do bólu konsekwentny i skuteczny futbol, a zwycięstwo i tak nie przyjdzie łatwo, ba, będzie wielką niespodzianką. W ogłoszonej przez Jose Mourinho kadrze zabrakło miejsca dla kontuzjowanych Arbeloi, Carvalho i Kaki. Angel Di Maria, który do końca nie był pewny powołania, ostatecznie uporał się z urazem. Powołanie dostał również Marcelo. W ekipie Atletico brakuje powrotów, nikt nie wygrał wyścigu z czasem. Gregorio Manzano musi radzić sobie bez Joela, Antonio Lopeza, Silvio, Tiago oraz niestety Falcao. Pizzi otrzymał powołanie, ale raczej nie ma szans na grę.
Getafe CF – FC Barcelona
„Los Azulones” przed rozpoczęciem sezonu mieli podobne (choć nie na taką skalę) plany co Atletico – przewietrzyć skład, wzmocnić go zawodnikami uchodzącymi za utalentowanych bądź z już wyrobioną renomą. I powalczyć o lokaty dające miejsce w europejskich pucharach. Czas niestety zweryfikował zamiary zarówno prezesa Angela Torresa, jak i arabskiego inwestora. Mimo sprowadzenia jednego z najzdolniejszych trenerów, gra Getafe zdecydowanie odbiega od oczekiwań. Wyniki jeszcze bardziej. Po dwunastu kolejkach zespół pałęta się w dolnych rejonach tabeli, mając zaledwie punkt więcej od ostatniego Racingu. Nie może być inaczej, skoro w ostatnich siedmiu meczach „Los Azulones” zwyciężyli zaledwie raz – dwa tygodnie temu z Atletico. W tej sytuacji przyjazd Barcelony na Coliseum Alfonso Perez oznacza właściwie tylko jedno.










