10 piłkarzy, którym udało się powrócić do żywych


Czasem nawet największe problemy ze zdrowiem nie staną na drodze futbolowi. Oto lista 10 piłkarzy, którym udało się powrócić do żywych

12 kwietnia 2020 10 piłkarzy, którym udało się powrócić do żywych

Wielkanoc to dobry moment na to, by przypomnieć tych, którzy w cudowny sposób odrodzili się po poważnych problemach ze zdrowiem. Oto lista 10 piłkarzy, którym udało się powrócić do żywych po poważnej kontuzji bądź chorobie.


Udostępnij na Udostępnij na

Kontuzje i urazy są nieodłączną częścią tak kontaktowego sportu jak piłka nożna. Żaden piłkarz nie jest jednak gotowy na urazy, które mogą całkowicie przekreślić nie tylko piłkarską karierę, ale i szansę na normalne funkcjonowanie. Znaleźli się jednak tacy, którym nawet najpoważniejsze problemy zdrowotne nie przeszkodziły w powrocie do futbolu na najwyższym poziomie.

Poniższa lista zawiera historie dziesięciu zawodników, których walka o zdrowie szczególnie zapadła nam w pamięć.

10. Francesco Totti

Nasze zestawienie zaczynamy od legendy włoskiej piłki. Przenieśmy się zatem do lutego 2006 roku, na kilka miesięcy przed mistrzostwami świata w Niemczech i jednocześnie ostatnim międzynarodowym turniejem Tottiego. Wówczas na fanów „Squadra Azzurra” runęła wieść o fatalnej kontuzji Tottiego, odniesionej w meczu ligi włoskiej. Diagnoza była bezlitosna – złamana  kostka i uszkodzenie jej więzadeł. Przeciętny czas kuracji po takim urazie wynosi od sześciu do dziewięciu miesięcy. Wydawało się oczywiste, że ikona AS Roma na ten turniej już nie pojedzie.

Całe Włochy wstrzymały oddech, albowiem Totti był jedną z najważniejszych postaci w drużynie Marcelo Lippiego, prawdziwym talizmanem. Podczas gdy cały kraj debatował, jak zastąpić swojego gwiazdora, Totti rozpoczął z pozoru niemożliwy proces rekonwalescencji. Cel był jasny – dziewięć miesięcy przerwy należało skrócić do czterech. Lekarze robili, co mogli, by postawić go na nogi, stąd też aż osiem śrub w ciele „Gladiatora”.

Zdrowie było jedną kwestią, ale oddzielnym tematem pozostawała forma sportowa Tottiego. Nawet jeśli jakimś cudem udałoby mu się powrócić do zdrowia, to zabranie na mundial zawodnika świeżo po tak długiej przerwie wydawało się karkołomne. Tutaj jednak w grę weszło to, co odróżnia dobrych trenerów od tych wielkich – intuicja. Lippi postanowił zaufać swojemu przeczuciu i rzeczywiście zabrał ze sobą na wpół wyleczonego Tottiego.

I opłaciło się. Pomocnik wystąpił w każdym z siedmiu meczów swojej reprezentacji na tym turnieju, ostatecznie podnosząc Puchar Świata. Wydaje się, że złotym momentem Tottiego na niemieckim mundialu był mecz 1/8 finału przeciwko Australii. Przy wyniku 0:0 i spotkaniu zmierzającym ku dogrywce Fabio Grosso upadł w polu karnym i wywalczył dla Włochów rzut karny. Do piłki podszedł oczywiście Francesco Totti, w którego oczach widać było żelazną determinację. „Il Capitano” wykorzystał „jedenastkę” i wprowadził swoją drużynę do kolejnej rundy.

– Mogę tylko podziękować trenerowi Lippiemu. On pierwszy uwierzył w to, że zdążę z kuracją i osobiście mu za to podziękowałem. Ta drużyna zawsze mnie wspierała, szczególnie w ostatnich trudnych miesiącach. Gdy jesteś częścią takiej grupy, nie możesz być zły nawet za zmianę w finale mistrzostw świata – mówił później Totti.

9. Zlatan Ibrahimović

Okazuje się, że nawet „Bóg” – jak sam siebie żartobliwie określa Zlatan – może być ofiarą poważnego urazu. Ten miał miejsce w sezonie 2016/2017, gdy Szwed reprezentował barwy Manchesteru United. W trakcie jednego z meczów Ligi Europy Zlatan doznał koszmarnej kontuzji – uszkodzenia więzadeł krzyżowych w kolanie. Według prognoz powrót Ibrahimovicia do zdrowia mógł wynieść od dziewięciu do dwunastu miesięcy. Niektórzy obawiali się, że ze względu na swój podeszły piłkarsko wiek ta kontuzja będzie oznaczać koniec kariery dla napastnika. Nic bardziej mylnego.

– W trakcie mojej rekonwalescencji ja z niczym się nie spieszyłem. Ludzie mogą sądzić inaczej, ale przez sześć i pół miesiąca trzymałem się planu, dzień po dniu. Moim jedynym sekretem była ciężka praca. Moi bliscy wiedzieli o tym, co robię – pracowałem po pięć, sześć godzin dziennie. Gdy odniosłem kontuzję, ogłosiłem wszystkim, że poddanie się nie wchodzi w grę. Moim celem był powrót i to w jeszcze lepszej formie. By tak się stało, musisz pracować naprawdę ciężko. Ja wiem, że gdy powrócę, to grać będzie moja głowakolano jedynie za nią podąży – opowiadał „Ibra” na łamach angielskich mediów.

Ostatecznie Zlatan pokonał kontuzję i siedem miesięcy później wszedł na boisko jako zmiennik w meczu przeciwko Newcastle. Mimo tego Szwed nie zagrzał długo miejsca na Old Trafford, gdzie Jose Mourinho wolał stawiać na Romelu Lukaku. Zlatan odszedł do MLS, gdzie udowodnił, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W swoim debiucie dla La Galaxy Ibrahimović wszedł na boisko przy stanie 1:3 dla przeciwnika. Krótko potem zdobył fantastycznego gola, lobując bramkarza z ponad czterdziestu metrów, a na koniec przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny bramką na 4:3. Zlatan znów był wielki.

8. Patrick Battiston

Tutaj musimy sięgnąć pamięcią aż do 1982 roku, a konkretnie do półfinału mistrzostw świata i meczu Francji z Niemcami. Chociaż tamten pojedynek na hiszpańskim Estadio Ramos Sanchez Pizjuan obfitował w wiele bramek, to jednak większość pamięta go z fatalnej kontuzji Patricka Battistona. Wszystko rozpoczęło się od podania Michela Platiniego w 57. minucie meczu. Wybitny Francuz dojrzał wybiegającego na pozycję Battistona i posłał piłkę między swojego kolegę z drużyny a bramkarza przeciwnika – Haralda Schumachera…

Uwaga niemalże wszystkich, od realizatora telewizyjnego aż po sędziego, skupiła się na kopniętej piłce. Dramat zaistniałej sytuacji dostrzegli jednak francuscy komentatorzy, którzy z trwogą zaczęli mamrotać wymowne „ay, ay, ay”. Dojrzeli bowiem, jak Schumacher całym impetem skoku uderza biodrem w twarz rozpędzonego Battistona. Piłkarz „Trójkolorowych” padł jak rażony piorunem, a tymczasem bramkarz RFN, jak gdyby nigdy nic, wziął piłkę i szykował się do wznowienia gry od bramki.

Siedem minut zajęło służbom ratunkowym udzielenie pomocy poszkodowanemu. – Nie wyczuliśmy u niego pulsu – mówił po latach Michel Platini. Battiston stracił w tamtej sytuacji trzy zęby, a przed opuszczeniem stadionu został mu podany tlen. Co ciekawe, sędzia nie dopatrzył się ani czerwonej kartki dla bramkarza, ani nawet rzutu karnego. Schumacher mógł wreszcie wykonać swój rzut od bramki. To był moment, w którym sympatia tłumów całkowicie odwróciła się od późniejszego finalisty turnieju. Na domiar złego Schumacher został później bohaterem swojej drużyny, pewnie zachowując się na linii w regulaminowym czasie gry, a później broniąc dwa rzuty karne w serii „jedenastek”. Schumacher został potem wrogiem numer jeden we Francji. W sondzie na najbardziej znienawidzoną postać wyprzedził nawet Adolfa Hitlera.

A co z Battistonem? Oprócz trzech utraconych zębów – które dziś można oglądać w jednym z berlińskich muzeów – Francuz miał obite żebra, uszkodzone kręgi szyjne oraz przez pół godziny pozostawał nieprzytomny. Pół roku zajął mu powrót do pełnej sprawności.

– Nie czuję sympatii do Schumachera, ale nie mam też z nim żadnego problemu. To był mecz, a w meczu dużo rzeczy może się zdarzyć. Ja jednak nigdy nie obejrzałem powtórki tamtego spotkania. Nie chcę. Dziś ciągle odczuwam bóle głowy. To dziwne uczucie, bo czasem potrafię wyczuć zmianę pogody, jak żaby – podsumował po latach Battiston.

7. Jonas Gutierrez

Tym razem przenosimy się do dużo mniej odległych czasów. 24 maja 2015 roku na St. James’ Park przyjeżdżał West Ham United w ramach ostatniej kolejki sezonu. Newcastle znajdowało się u progu spadku do Championship, a tylko zwycięstwo nad „Młotami” pozwalało „Srokom” utrzymać się w Premier League. Jak to już bywa z tymi rozgrywkami, widzowie byli świadkami iście hollywoodzkiego zakończenia.

Był to bowiem dzień Jonasa Gutierreza – argentyńskiego skrzydłowego, który przybył do Newcastle w 2008 roku. Zanim w 2013 roku wykryto u niego raka jąder, Gutierrez rozegrał dla „Srok” ponad 170 spotkań i zdobył dziesięć bramek. Bezlitosna diagnoza oznaczała dla tego piłkarza zawieszenie butów na kołku oraz rozpoczęcie długiego leczenia. Gutierrez przeszedł operację oraz męczącą chemioterapię. W takiej sytuacji sam powrót do zdrowia byłby wielkim osiągnięciem, a co dopiero powrót na boiska Premier League.

Argentyńczykowi udały się obie te rzeczy. W marcu 2015 roku powrócił do gry, ale najważniejszy moment jego kariery miał miejsce właśnie tamtego majowego popołudnia przeciwko West Hamowi. Najpierw Gutierrez asystował przy otwierającym trafieniu Moussy Sissoko, posyłając znakomite dośrodkowanie w pole karne. Cała historia Jonasa zamknęła się w 85. minucie meczu, gdy posłał precyzyjne uderzenie z 25 metrów od bramki. Piłka wylądowała w siatce, a St. James’ Park wybuchło z radości. Reakcja samego piłkarza mówiła wszystko – cały ból ostatnich miesięcy, wszystkie lęki i trudne momenty znalazły się wtedy w tym strzale.

Niestety późniejsze relacje piłkarza z klubem dalekie były od bajkowych. Newcastle postanowiło nie przedłużać kontraktu ze swoim bohaterem, a do tego próbowali oszukać go na klauzulach kontraktowych. Niesmak pozostał do dziś.

6. Luke Shaw

Anglik był ofiarą jednej z najbrutalniejszych kontuzji w ostatnich latach. Mowa tu o pamiętnym meczu Manchesteru United z PSV Eindhoven w ramach fazy grupowej Ligi Mistrzów we wrześniu 2015 roku. W nogę Luke’a Shawa ostrym wślizgiem wjechał piłkarz gospodarzy, Hector Moreno. Efekt? Podwójne złamanie nogi wówczas najdroższego nastolatka na świecie. Powtórka telewizyjna uchwyciła moment, w którym widać było skutki tamtego faulu – widok wyłącznie dla ludzi o mocnych nerwach.

– Byłem bardzo blisko utraty nogi. Wtedy tego nie wiedziałem, ale lekarz mi to wyznał sześć miesięcy po zdarzeniu – opowiadał Anglik

Shaw przez kolejne pół roku walczył, by móc ponownie normalnie chodzić. Po dziesięciu miesiącach trudnej rekonwalescencji Shaw powrócił do gry w Manchesterze United. Chociaż uraz ostatecznie udało się wyleczyć, to kariera Anglika mocno wyhamowała. Od tamtych wydarzeń minęło już prawie pięć lat i dzisiaj 24-letni Shaw raczej nie jest już stawiany w gronie najzdolniejszych lewych obrońców swojego pokolenia. Nadal jednak stanowi mocny punkt zespołu Ole Gunnara Solskjaera, w którym wystąpił 18 razy w tym sezonie.

5. Marcin Wasilewski

Pisząc o najgorszych kontuzjach wśród piłkarzy, nie sposób pominąć wątku naszego byłego reprezentanta, Marcina Wasilewskiego. Moment, który wielkim piętnem odbił się na jego karierze, miał miejsce 30 sierpnia 2009 roku. Wtedy w 25. minucie meczu ze Standardem Liege w nogę Polaka brutalnie wjechał gwiazdor ligi belgijskiej – Axel Witsel. Noga „Wasyla” złamała się w dwóch miejscach, a widok był tak okropny, że nawet zawodnicy na boisku odwracali wzrok. Pęknięta kość piszczelowa i strzałkowa potrzebowała aż czterech operacji.

Po czymś takim mało kto się spodziewał, że Wasilewski wróci jeszcze nie tylko do futbolu na najwyższym poziomie, ale do piłki nożnej w ogóle. A jednak, walka z tą straszną kontuzją pokazała po raz kolejny, jak wielkim charakterem został obdarzony „Wasyl”. Nie załamał się, tylko ciężko pracował na swój powrót. I udało się, albowiem kilka lat później zagrał nawet w pierwszym składzie Polaków na Euro 2012. I nie było to wcale ukoronowanie jego kariery.

Wasilewski zdążył bowiem w 2013 roku trafić do drużyny Leicester City. Tego Leicester, które trzy lata później sensacyjnie sięgnęło po koronę Premier League. Polak, choć sportowo pełnił w tamtym zespole rolę raczej epizodyczną, nadal pozostawał ważną postacią szatni. Wasilewski zdobył za granicą tak dużą popularność, że w tym roku na stadionie Wisły Kraków pojawili się jego fani z Belgii. Dzisiaj Marcin Wasilewski pozostaje symbolem niezłomności i wielkiego hartu ducha.

4. Santi Cazorla

Arsene Wenger powiedział o przypadku Santiego Cazorli, że to najgorsza kontuzja, jaką kiedykolwiek widział w swoim życiu. Lekarze ostrzegali Hiszpana, że będzie farciarzem, jeśli uda mu się wyjść na spacer po własnym ogródku. Wszystko zaczęło się w 2013 roku w trakcie meczu z Chile, w którym został kopnięty w kostkę. W listopadzie 2015 doznał jej pęknięcia, a ból towarzyszył mu aż do 2016 roku i spotkania z Łudogorcem. Głównym błędem Cazorli oraz sztabu medycznego było zignorowanie tejże kostki. Intensywny kalendarz piłkarski wiązał się z zaciskaniem zębów i grą na środkach przeciwbólowych. Ból nie chciał go opuścić, ale sytuacja zrobiła się dramatyczna wraz z pojawieniem się infekcji.

To bowiem ona wyrządziła w ciele Cazorli największe spustoszenie.

– Chodziło o to, że rana była ciągle otwarta. Ćwiczyłem na rowerku treningowym i nagle wypadało mi kilka szwów. Ponieważ rana była otwarta, do środka mogły się dostać bakterie. Nocą ze stopy wypływał mi żółty płyn. Za każdym razem, gdy mnie zszywano, płyn znowu się pojawiał. Zrobiono mi dalsze badania, ale nie potrafiono ustalić, co jest w środku. Bakteria mnie zjadała, a lekarze nie wiedzieli, czym jest – relacjonował Hiszpan.

– Lekarze nie wiedzieli, jak duża część ścięgna została zjedzona. Mój chirurg powiedział: będę cię operował tak długo, aż znajdę ścięgno. I szukali, szukali, aż straciłem 10 cm. Byłem farciarzem, powiedzieli, mogłem stracić więcej. Gdy chcieli odbudować ścięgno, zauważyli, w jak strasznym stanie znajduje się moja kość. Mogli włożyć w nią palec, była jak plastelina. 

Cazorli groziła nawet amputacja stopy. Ostatecznie lekarze uratowali ją poprzez przeszczep skóry z innej części ciała zawodnika – z ramienia, na którym znajdował się tatuaż z imieniem jego córki.

To, co jednak jeszcze piękniejsze, to forma, jaką dziś prezentuje Cazorla. Zanim świat wstrzymał oddech z powodu wirusa, Hiszpan był jednym z najlepszych piłkarzy w La Liga, gdzie w barwach Villarreal zanotował 12 goli i siedem asyst. Dobra forma poskutkowała nawet powołaniem do kadry narodowej. Znakomita historia bardzo skromnego i sympatycznego człowieka.

3. Petr Cech

Kto by pomyślał, że kask, który początkowo miał chronić głowę tego bramkarza po kontuzji, stanie się później jego znakiem firmowym.

Październik 2006 roku, 15. sekunda spotkania Chelsea z Reading FC. Do piłki zagranej w pole karne wbiega Stephen Hunt i z impetem uderza kolanem w głowę interweniującego Petra Cecha. W tamtym momencie nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Jak się później okazało, bramkarz „The Blues” znajdował się o kilka centymetrów od śmierci. Zawodnik potrzebował natychmiastowej operacji, albowiem w jego czaszce nastąpiło pęknięcie. Kości zapadły się w głąb czaszki i istniało ryzyko, że uszkodzą mózg w części odpowiedzialnej za ruch. Aby temu zapobiec, w jego czaszkę wszczepiono kilka metalowych płytek. Od tej pory Cech miał nosić słynny ochronny kask.

Jak na ironię losu Carlo Cudicini, który w tamtym meczu zmienił Petra Cecha… także musiał zejść z boiska z powodu urazu głowy. W bramce Chelsea musiał stanąć John Terry. Ekipa Jose Mourinho co prawda wygrała tamto spotkanie, ale trzy miesiące gry bez swojego podstawowego bramkarza musiało mieć wpływ na wyniki zespołu. Ostatecznie zespół „The Special One” przegrał tytuł na rzecz Manchesteru United, a kilka miesięcy później Portugalczyk został zwolniony.

– Muszę przyznać, że większość ludzi nie chciała, bym tak szybko wracał do futbolu. To była moja decyzja, bo chciałem znów robić to, co kocham. Pewnego razu mój chirurg powiedział, że czaszka jest wystarczająco mocna, bym mógł wystąpić z kaskiem. Zdecydowałem się powrócić do treningów. Dwa dni później mieliśmy wyjazdowy mecz z Liverpoolem – o czym z początku nie powiedziałem swojej żonie. Powiedziałem tylko, że jadę z moją drużyną. Menedżer zapytał mnie: chcesz jechać, by zobaczyć mecz czy aby w nim wystąpić? Ty mi odpowiedz. Powiedziałem tylko: spróbujmy. (…) Czego mam się bać, skoro z wypadku nic nie pamiętam? – opowiadał Czech

Ostatecznie decyzja o powrocie do futbolu okazała się słuszna. Od momentu tamtej kontuzji Petr Cech wygrał dwa tytuły Premier League, cztery Puchary Anglii oraz Ligę Mistrzów. W pamiętnym finale z 2012 roku obronił nawet rzut karny wykonywany przez Arjena Robbena. Pod koniec kariery nie musiał już nosić kasku ze względów zdrowotnych, ale zdecydował się pozostać przy swoim talizmanie.

Fatalne zdarzenie z tamtego meczu przeciwko Reading zrewolucjonizowało podejście do zdrowia piłkarzy na Wyspach. Od tamtego czasu na każdym stadionie w trakcie spotkań musi być obecny lekarz, dwa oddziały ratunkowe oraz karetka gotowa do odjazdu.

 

2. Djibril Cisse

Numer dwa na naszej liście to przypadek Djibrila Cisse, człowieka, który złamał nogę nie raz, a dwa. W 2004 roku Francuz był bohaterem głośnego transferu – za 14 mln funtów trafił do Liverpoolu prowadzonego przez Rafę Beniteza. Przed 23. rokiem życia zdążył już strzelić prawie sto bramek i dał się poznać jako przebojowy, nieco szalony napastnik. Nic więc dziwnego, że fani „The Reds” mieli duże oczekiwania względem swojego nowego zawodnika.

Dobry start w czerwonej koszulce został jednak brutalnie przerwany 30 października 2004 roku w meczu przeciwko Blackburn. Cisse wdał się w walkę o piłkę z Jayem McEveleyem, ale jego lewa noga nieszczęśliwa utknęła między nogą przeciwnika a murawą. Efekt nawet po tylu latach wygląda koszmarnie – złamany piszczel i kość strzałkowa w lewej nodze. Na szczęście dla zawodnika, złamanie nie uszkodziło żadnych nerwów w kończynie. Francuz musiał pauzować siedem miesięcy, aż w końcu dostał szansę powrotu w meczu Ligi Mistrzów.

Szczytowym momentem Djibrila Cisse po powrocie była piękna bramka w słynnym finale Pucharu Anglii. W 2006 roku Liverpool zremisował z West Hamem 3:3, a jedną z bramek strzelił Cisse. Później „The Reds” przypieczętowali trofeum w serii rzutów karnych.

Niestety krótko potem Cisse złamał drugą nogę. Potworny uraz wykluczył go z występu na niemieckim mundialu. Kto wie, jak potoczyłby się los Francuzów na tamtym turnieju, gdyby do rzutu karnego w finale podszedł on, a nie David Trezeguet.

Niejednego zawodnika taka historia straszliwych urazów zniechęciłaby do dalszego uprawiania futbolu. Ale nie Djibrila Cisse. On postanowił dać sobie jeszcze jedną szansę w swoim ukochanym sporcie:

– Ludzie czasami są zdezorientowani. Widzą moje tatuaże, moje samochody, mój styl ubierania się. Myślą, że moją pierwszą miłością jest moda. Ale tak naprawdę moją największą miłością pozostaje futbol. Nie ukrywam, lubię ubrania i wyzywające rzeczy, ale wiem także, czemu mogę sobie na nie pozwolić: piłka nożna – mówił na łamach „Guardiana” w 2008 roku.

Cisse odzyskał wielką formę w Grecji, gdzie w barwach Panathinaikosu zdobył 55 bramek w zaledwie dwóch sezonach. Dobra forma sprawiła, że na koniec kariery ponownie trafił do Premier League, a konkretnie QPR. Zdobył nawet bramkę w tym słynnym meczu przeciwko Manchesterowi City, który zakończył się pamiętnym golem Sergio Aguero.

Dzisiaj Francuza zapamiętamy jako zawodnika, któremu koszmarne kontuzje przeszkodziły w uwolnieniu wielkiego potencjału. Nawet mimo tych urazów Cisse nie pozbył się swojego widowiskowego stylu gry.

1. Eric Abidal

Eric Abidal był niekwestionowanym zwycięzcą. Francuz był członkiem prawdopodobnie najlepszej klubowej drużyny w historii, FC Barcelona Pepa Guardioli. Na poziomie klubowym jego gablota z medalami jest niezwykle okazała: osiem mistrzostw kraju, dwa puchary Ligi Mistrzów czy klubowe mistrzostwo świata. A jednak mimo wygrania niemalże każdego możliwego trofeum Abidal zostanie zapamiętany bardziej ze swojego heroicznego zwycięstwa nie w piłce nożnej, a w szpitalu.

W marcu 2011 roku u Francuza stwierdzono guza wątroby, którego poddano operacji dwa dni później. Ta przebiegła pomyślnie i 72 dni później wydarzyło się coś niesamowitego. Abidal zaliczył 90 minut gry w wygranym finale Ligi Mistrzów przeciwko Manchesterowi United. Carles Puyol pozwolił mu unieść puchar z opaską kapitana na ramieniu.

Niestety rok po pierwszej diagnozie stan zdrowia Abidala znów się pogorszył. Konieczna była transplantacja wątroby, by wyeliminować nawracające dolegliwości.

– To był ból, który zapamiętam na całe życie. To było nie do zniesienia, jakby ktoś dźgał mnie nożem – podzielił się z dziennikarzami po latach.

Świat futbolu wstrzymał oddech, jednocząc się w cierpieniu z zawodnikiem Barcelony. Gracze Realu Madryt wybiegli na mecz w koszulkach z napisem „Animo Abidal”, a Dani Alves zaoferował nawet część swojej wątroby do przeszczepu. Wzruszony tym gestem Abidal był jednak zmuszony odmówić. Jak sam mówił: – Powiedziałem: nie, ale zdawałem sobie sprawę z powagi tego gestu. Myślałem jednak o tym, jak trudno byłoby mu kontynuować jego karierę piłkarza. Chyba zrozumiał mój przekaz. W tamtym czasie koledzy z drużyny byli dla mnie jak rodzina.

Po wielu miesiącach ciężkiej batalii Abidal powrócił wreszcie do treningów z drużyną. W kwietniu 2013 roku Francuz wszedł na murawę w trakcie ligowego meczu z Mallorcą. Całe Camp Nou wstało, a burza braw powitała na boisku człowieka, który dwukrotnie wygrał z rakiem.

Dzisiaj ta historia uczy nas dwóch rzeczy. Pierwszej, że niezależnie od statusu, jaki posiadamy, każdego z nas los może wystawić na ciężką próbę. Drugiej, że niezależnie od tego, ile razy będziemy musieli się z nią zmierzyć, musimy zawsze wierzyć, że nam się uda. Historia Erica Abidala może być inspiracją dla wielu ludzi, którzy dzisiaj mierzą się z nowotworem.

Komentarze
toster (gość) - 2 miesiące temu

Brakuje Henrika Larssona...

Odpowiedz
Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze