Wielu z Was pamięta z dzieciństwa pewną wariację gry w berka, w której jeden z uczestników wcielał się w rolę wilka. Pozostali mieli za zadanie go za wszelką cenę unikać, przy okazji prowadząc dialog piętnujący napastnika i przypisując mu całą masę złych cech. Okazuje się, że współczesny futbol ma masę elementów wspólnych z ową grą.
Barcelona jest takim właśnie wilkiem szalejącym po piłkarskiej Europie, ścigającym, dopadającym i odbierającym chęć do gry kolejnym uczestnikom. Niczym nad wyraz wyrośnięty kompan z dzieciństwa zdaje się przeczyć zasadom zdrowej rywalizacji. Ale to świat dorosłych, w którym nikt nie powie: jesteś u pani!, nikt nie zagrozi przyprowadzeniem starszego brata, który zrobi porządek, nikt nie pójdzie z płaczem do domu.
FC Barcelona rządzi światem futbolu. Jest hegemonem tej dyscypliny, panem i władcą kibicowskich umysłów, szalonym wizjonerem wyznaczającym nowe kierunki rozwoju piłki nożnej. Po sezonie niezwykłym, ukoronowanym sześcioma nowymi pucharami w gablotach Camp Nou, podopieczni Josepa Guardioli ulegli swoistej mitologizacji, stali się z zasady nie do pobicia, nie do złamania. Z dumą przyjęli rolę wilka, czekając na gąski i słuchając obelg. Wyłapywali je po kolei, na krajowym podwórku walczyli z innym drapieżnikiem, który jednak przy bezpośrednim kontakcie wykazywał zdumiewająco dużo cech owcy. Katalończycy bezpardonowo zdarli z owego zwierzęcia okrywającą je wilczą skórę i pożarli. W Europie wilk przegrał. Nie dogonił najszybszej ofiary, która – w przeciwieństwie do pobratymców – opanowała sztukę latania.
O klęsce Barcelony w starciu z Interem Jose Mourinho mówiło się chyba więcej niż o samym finale. Bo to nie tak miało być, „Duma Katalonii” dewastowała kolejnych rywali, ośmieszała ich kolektywem albo indywidualnościami. Mediolan miał być starciem lekko zakurzonego portugalskiego szkoleniowca z nową gwiazdą świata trenerskiego. Wygrało doświadczenie, bezczelność i pewność siebie – wilk nie sądził, że gęś może latać.
Teraz będzie podobnie. Nie, gęsi nie zaczną masowo uciekać wilkowi, sparaliżuje je słuszny strach, niepewność i rezygnacja. Trafienie na Barcelonę w Lidze Mistrzów to walka o to, by nie było kompromitacji, gra z nimi w La Liga to pewna kompromitacja. Drużyna wzmocniona Davidem Villą i Javierem Mascherano została pozbawiona słabych punktów. Odejście kłótliwego Ibrahimovicia i jego agenta-idioty zapewni spokój w szatni. Ciężko wyobrazić sobie, co musiałoby się stać, by ta maszyna do wygrywania się zatrzymała. Ja widzę trzy czynniki, które mogą zakończyć ten triumfalny pochód.
Pierwszy to najzwyklejszy w świecie spadek formy. Taki, jaki dopadł wiele wielkich zespołów, zmącił umysły artystów, spętał nogi technikom i nadwątlił siły atletów.
Drugi to odejście Xaviego Hernandeza. Nikczemnej postury Katalończyk ma już 30 lat, na najwyższym poziomie gra od dwunastu. Zmęczenie materiału da o sobie znać raczej prędzej niż później. Utrata prędkości i zwrotności, choć to nigdy nie były najmocniejsze punkty Xaviego, jest już widoczna. Geniusz pozostanie geniuszem, Guti ma 34 lata i nadal rozgrywa wielkie mecze, ale z czasem będzie zmuszony przyjąć rolę rezerwowego i rozsądnie gospodarować siłami. Czy wtedy znajdzie się nowy kreator? Iniesta to jednak inny typ piłkarza, bardziej techniczny i szybszy, ale za to mniej kreatywny. Fabregas podobnie, poradzi sobie na rozegraniu, ale za bardzo ciągnie go do linii napadu, żeby mógł zastąpić Xaviego. I wreszcie trzeci czynnik – kontuzje. Pół roku bez Xaviego albo Messiego i może okazać się, że nie ma już szans na żadne trofeum. Iniesta łapie urazy z regularnością zawstydzającą naszych przewoźników kolejowych. Leo na razie im umyka, ale każdy widzi, że to nie typ Drogby, którego kości składają się głównie ze stali, a mięśnie są dziełem mistrza sztuki kowalskiej.










