Zapomniani: Wojciech Pawłowski


9 listopada 2015 Zapomniani: Wojciech Pawłowski

Na taką wisienkę na torcie warto było czekać! Zdecydowanie najmłodszy ze wszystkich zapomnianych. Jego kariera jeszcze na dobre się nie rozpoczęła, a już wyhamowała niczym pędzący samochód przed przepaścią. Jeśli szukaliście kiedyś w głowie piłkarza (?) z najbardziej przerośniętym ego, to chyba mam dla was bardzo poważnego kandydata. Przywitajcie go gromkimi brawami.


Udostępnij na Udostępnij na

Wojciech Pawłowski powoli wychodzi na prostą, trenuje z Udinese, zaczyna myśleć jak profesjonalista, ale nie zawsze było tak cukierkowo. Po transferze z Lechii Gdańsk 22-letni bramkarz nagle uświadomił sobie, że przeskoczył na inny poziom. Wystarczył jeden podpis i oszalał. „International level” – jakby powiedział słynny „Latający Holender”. Zamiast zastosować taktykę „step by step”, on poczuł się jak Pan Piłkarz przez duże „P”. Skoro uznał, że jest bramkarzem światowej klasy, to wywiadu udzieli po angielsku, na kozaku, a nie jak wieśniak – po polsku.

Gdyby ktoś jeszcze nie oglądał tego epickiego wywiadu (co jest niemożliwe), zapraszamy na małą powtórkę z rozrywki przez duże „R”.

Wszystko toczyło się za szybko dla młodego chłopaka z Koszalina. Debiut w ekstraklasie, kilkanaście dobrych meczów, pogłoski o powołaniu do kadry, aż wreszcie transfer do Serie A. To było jak wygrany los na loterii. Głowa tego nie wytrzymała. Był jeszcze nastolatkiem. Brakowało człowieka, który wylałby mu kubeł zimnej wody na głowę. Szkoda, że nikt go nie nominował w „Ice Bucket Challenge”. Jeszcze nie zdążył nacieszyć się włoskim słońcem, a głowa już się nagrzała.

Na początku jego włoskiej przygody nic nie zapowiadało takiego upadku. Siadał na ławce rezerwowych (chociaż tam każdy siada, nawet sprzątaczka siostry fizjoterapeuty czy pucybut szwagra lekarza). Ciężko trenował, ale nie zbliżał się do bluzy bramkarskiej z numerem „1”. Zabrakło mu cierpliwości, zaczynał domagać się o swoje, głośno krzycząc, że wcale nie czuje się od nikogo gorszy. Jeszcze nie zagrał meczu w Serie A, a już całe Włochy słyszały o krnąbrnym gówniarzu z Polski.

Odbił się od ściany, więc wylądował na wypożyczeniu u beniaminka, Latina Calcio. Patrząc na jego latynoski temperament – dobry ruch. Tam również nikt nie poznał się na jego wielkim „talencie”, więc trzeba było szukać kolejnego przytułku naiwniaka.

Z podkulonym ogonem wrócił do Polski. Przygarnął go Śląsk Wrocław, ale – wbrew oczekiwaniom Pawłowskiego – nie dał mu automatycznie bronić, co oczywiście bardzo nie podobało się sympatycznemu bramkarzowi. Pawłowski nie przypadł do gustu… Pawłowskiemu.

Skończyło się na 3 (słownie: trzech) meczach. W styczniu tego roku jeszcze bardziej obniżył sobie poprzeczkę i wylądował w Bytovii. Tam również nie powąchał za bardzo murawy. Biedny ten nasz Wojtek, wszyscy się na niego uwzięli. Jednak sam później w wywiadach mówił, że zabrakło mu motywacji. Nie taka słaba 1. liga, jak ją malują.

Później przepadł. Szukali go wszędzie, dzwonili po wszystkich niższych ligach, odwiedzając B-klasowe boiska, a on… odnalazł się w Udinese, gdzie dostał drugą szansę. Czy uda mu się ją wykorzystać? We will say what time we will tell.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze