Raków Częstochowa pokonał Radomiaka Radom 3:0 w pierwszym niedzielnym spotkaniu 10. serii gier PKO Ekstraklasy. Mistrzowie Polski powrócili do swojej twierdzy i odnaleźli rytm, z którego zostali wytrąceni przy okazji ostatnich wyjazdów do Bergamo, Gliwic i Poznania.
Zwycięstwo „Medalików” mogło i wręcz powinno być bardziej okazałe. W doliczonym czasie gry szanse na zupełne dobicie „Warchołów” zmarnowali dwukrotnie Łukasz Zwoliński i Fran Tudor z rzutu karnego. Ostatecznie to dublet Bogdana Racovitana i debiutanckie trafienie Johna Yeboaha były decydujące.
Co mecz to inny bohater
Hat-trick Dawida Drachala w spotkaniu z Ruchem Chorzów na zawsze zapisze się w annałach, lecz tego popołudnia dzień konia miał inny z młodych graczy klubu spod Jasnej Góry. Błyskawiczne prowadzenie dał gospodarzom wspomniany Bogdan Racovitan, który po odbitym dograniu Gustava Berggrena na przedpole przymierzył w odsłoniętą część światła bramki. 23-letni Rumun podwyższył w drugiej odsłonie meczu, zamykając głową dośrodkowanie z rzutu wolnego. Tym samym półprawy stoper w systemie zespołu pogorszył sytuację swojego rodaka, Constantina Galki, na posadzie szkoleniowca drużyny Radomiaka Radom.
Jednocześnie zawodnik zakupiony przez Raków przed blisko dwoma laty z FC Botosani za 600 tysięcy euro potwierdził, że gorszy występ z włoską Atalantą czy ostatnia dramatyczna zmiana przy Bułgarskiej, kiedy miał bezpośredni wpływ przy obu straconych bramkach w drugiej połowie, były tylko wypadkami przy pracy, a defensor urodzony we Francji, który od tego sezonu pod batutą trenera Dawida Szwargi odgrywa istotniejszą rolę niż wcześniej, może stanowić także dodatkową wartość w układance częstochowian w wielu elementach gry. Racovitan wysłał przez to sygnał kolegom do szybkiego odzyskania wiary we własne umiejętności.
Jest dom, jest energia
Raków znowu udowodnił, że może często przybierać inne oblicza w starciach wyjazdowych, ale przed własną publicznością wstępują w niego dodatkowe moce i nawet przy nieidealnych występach potrafi wygrywać wszystko jak leci. „Czerwono-niebiescy” zdobywali środek pola, tworzyli popłoch na skrzydłach, ale przede wszystkim wiedzieli, kiedy będzie dobry fragment na prowadzenie meczu, a kiedy nieco spuścić z tonu i pozwolić wyszumieć się rywalowi. Tegoroczni uczestnicy Ligi Europy opanowali każdy centymetr własnego boiska na tyle, że w każdym kluczowym momencie pojedynków szalę zwycięstwa przechylają na swoją stronę.











