Raków Częstochowa zremisował z Wartą Poznań 2:2 w meczu 3. kolejki PKO BP Ekstraklasy. Z jednej strony złotym medalistom stracić punktów w takim spotkaniu nie wypada, z drugiej podopieczni Dawida Szwargi uratowali jedno oczko i przez to, z wyłączeniem rzutów karnych w starciu o superpuchar, pozostają niepokonani w sezonie 2023/2024 i ze spokojnymi głowami mogą szykować się na bój z Arisem Limassol.
Goście w dużym stopniu wykonali plan na ten pojedynek, wykorzystywali błędy oraz słabości rywala i dwa razy wychodzili na prowadzenie, co nieczęsto zdarza się z zespołem takiej klasy. Nie najlepiej dysponowani gospodarze rozkręcali się bardzo wolno, ale ostatecznie pomimo przeciwności pokazali charakter i zdołali uniknąć porażki. Obaj młodzi szkoleniowcy docenili końcowy wynik, ale też wyrazili pewien niedosyt.
– Mecz mógł się podobać kibicom. Tworzyliśmy z rywalem podobne zamieszanie w polach karnych. Raków mógł mieć minimalnie więcej sytuacji – ocenił Dawid Szulczek.
– Nigdy nie będziemy zadowoleni, kiedy nie będziemy wygrywać u siebie. Niemniej brawa dla drużyny, która dwukrotnie podniosła się w tym meczu – skomentował Dawid Szwarga.
Raków przekombinował?
Opiekun miejscowych zamieszał w wyjściowym składzie zespołu na sobotnią potyczkę względem rewanżu przeciwko Karabachowi w eliminacjach Champions League. Pierwszy raz od początku zobaczyliśmy Sonny’ego Kittela, w środku zestawiono Bena Ledermana z Vladyslavem Kocherginem, na prawej stronie biegał Deian Sorescu, trzyosobowy blok obronny uzupełniał nie Zoran Arsenić, ale Giannis Papanikolaou, który również pierwszy raz założył opaskę kapitana, a debiuty absolutne zanotowali Srdjan Plavsić i Kacper Bieszczad. Zmiany te wiązały się z odpoczynkiem np. Vladana Kovacevicia czy Frana Tudora czy późniejszym wejściem Marcina Cebuli.
I mieszane odczucia mogą towarzyszyć częstochowskim sympatykom po kolejnych pierwszych występach nowych nabytków. 27-latek z przeszłością w paru czeskich klubach chciał się pokazać i był jednym z lepszych zawodników na boisku. Ale to raczej bramkarz wypożyczony z Zagłębia Lubin jest po tym spotkaniu na ustach wszystkich, niekoniecznie z powodu pewnej postawy i efektownych interwencji, choć za jedną taką po bezpośrednio wykonywanym rzucie wolnym można go pochwalić. 20-latek z Krosna na swoje konto musi zapisać straconą bramkę autorstwa byłego gracza „Medalików” – Miguela Luisa – już na samym początku meczu, w 5. minucie.
Piłka kopnięta po ziemi z dużej odległości i z niewielką prędkością nie miała prawa zaskoczyć młodzieżowego reprezentanta Polski, a jednak wskutek złego ustawienia portugalski pomocnik błyskawicznie mógł się cieszyć z prowadzenia swojego zespołu. „Bieszcza” trudno nie obarczać winą przy drugiej bramce, która padła po szybkiej akcji i płaskim uderzeniu z ostrego kąta. Golkiper znany z zainicjowania akcji „Murowane Pomaganie” w perspektywie pełnych 90 minut nie miał problemów z rozgrywaniem futbolówki z partnerami, ale był bardzo elektryczny na własnym przedpolu w obliczu zagrożenia ze strony przeciwnika. W porównaniu z najwyżej wycenianym piłkarzem naszej ligi często bywał skupiony na swoich ruchach i decyzjach, nie wspomagając w takim stopniu kolegów w analizie sytuacji jak 25-latek z Banja Luki.











