Wbrew wszelkim obawom, Niemcy i USA nie zagrały na remis, który obu reprezentacjom gwarantował awans do 1/8 finału. A przecież nasi zachodni sąsiedzi są obeznani w takich praktykach.
Hańba z Gijon
Mistrzostwa świata w 1982 roku, mecz RFN – Austria. Komentujący tamto spotkanie dla austriackiej telewizji ORF Robert Seeger już w pierwszej połowie powiedział na wizji, że wstydzi się za grę austriackiego zespołu. Później poprosił nawet widzów o wyłączenie telewizorów. Podobno później niektórzy piłkarze domagali się jego zwolnienia, ale większość społeczeństwa podzielała zdanie komentatora. Dlaczego? W pierwszym meczu na tym mundialu, Niemcy niespodziewanie przegrali 2:1 z Algierią, ale potem wygrali z Chile. Ich zachodni sąsiedzi łatwo uporali się z oboma rywalami. Afrykańczycy wygrali 3:2 z Chile i z czterema punktami na koncie musieli liczyć na porażkę RFN. Jednak niskie zwycięstwo ekipy prowadzonej wówczas przez Juppa Derwalla gwarantowało awans zarówno im, jak i Austriakom.
W związku z tym mało kogo zdziwiło, gdy po golu strzelonej w 10. minucie przez Horsta Hrubescha oba zespoły porzuciły wszelakie próby ataków i nawet nie udawały, że zależy im na zmianie rezultatu. Od tej pory oddali łącznie trzy strzał w kierunku bramki. Hiszpańscy kibice zgromadzeni na stadionie machali białymi chusteczkami i krzyczeli „wyjazd”. Jedna z tamtejszych gazet następnego dnia grzmiała ze strony głównej „El Anschluss”. Do dziś nie zostało rozstrzygnięte, czy piłkarze obu zespołów umówili się na taki wynik przed meczem. Część temu stanowczo zaprzecza, inni twierdzą, że w przerwie meczu doszło do rozmów i założono utrzymanie obecnego rezultatu.
Algierczycy zgłosili nawet protest do FIFA, ale ona go oczywiście odrzuciła. Jedynym efektem była zmiana regulaminu, która obowiązuje dziś – mecze ostatniej kolejki są rozgrywane o tej samej porze. Na mundialu w Hiszpanii RFN ostatecznie doszło aż do finału, w którym przegrało z Włochami.
Zwycięski remis
Nie było to jednak najbardziej oczywiste odesłanie rywala do domu podczas wielkiego turnieju. Przecież równie dobrze Niemcy naprawdę mogli okazać się lepsi od Austriaków. Nieraz jest też tak, że w ostatnim spotkaniu zespół, który ma już zapewniony awans, oszczędza siły na dalsze fazy.
Tak zdecydowanie nie było podczas mistrzostw Europy 2004 w grupie C. Po dwóch pierwszych kolejkach na czele tabeli z czterema punktami znajdowały się Szwecja i Dania, które miały jeszcze zagrać ze sobą. O awans walczyły także Włochy, które po remisach z krajami skandynawskimi musiały wygrać z Bułgarią i liczyć na zwycięstwo… kogokolwiek. Ewentualnie remis nie wyższy niż 1:1. Dlaczego?
W mistrzostwach Europy przy równej ilość zdobytych punktów decyduje bilans bezpośrednich spotkań. Włosi zremisowali 0:0 z Danią i 1:1 ze Szwecją. W związku z tym remis 2:2 w spotkaniu „Trzech Koron” z Duńczykami dawał awans… obu drużynom. Jaki był ostateczny wynik? Oczywiście 2:2. Już podczas rozgrzewki Erik Edman, szwedzki obrońca, spytał swojego byłego kolego z Heerenveen, Daniela Jensena, czy powinni się postarać o ten wynik. „Okej, czemu nie?”, odpowiedział Duńczyk. „Wy stracicie gola jako pierwsi” zakończył rozmowę Edman. Ostatecznie pierwszego gola strzelił Jon Dahl Tomasson. Wyprowadził też Duńczyków na kolejne prowadzenie już w drugiej połowie. Wtedy właśnie Anders Andersson rzucił do Thomasa Gravesena, aby on i jego koledzy nieco odpuścili. „Najpierw musicie zaatakować” – odpowiedział Gravesen. Po meczu oczywiście nie brakowało wspólnej radości, gdyż wielu piłkarzy znało się z drużyn klubowych. Bardzo musiało zaboleć to Włochów.










