Ostatnimi czasy dość często żartowaliśmy w gronie znajomych, że rozgrywanie 31 meczów na mistrzostwach Europy jest kompletnie niepotrzebne. UEFA powinna wybrać cztery najmocniejsze ekipy i od razu rozlosować je do półfinałów, skoro faworyci na każdej imprezie są w zasadzie ci sami. Nie inaczej będzie i w tym roku, ale przed nimi długa, wyboista i niezmiernie trudna przeprawa, którą ostatecznie zwycięsko zakończyć może każdy.
Bukmacherzy nie mają żadnych wątpliwości, kto powinien znaleźć się w tegorocznym finale Euro 2012. Najgłośniej w tym kontekście mówi się o reprezentacjach Hiszpanii i Niemiec, co paradoksalnie jest dla wielu ekspertów nieco zaskakujące. O ile obecność w gronie faworytów naszych zachodnich sąsiadów nie budzi zastrzeżeń, o tyle zaliczenie do niego Hiszpanów jest w tym roku dla wielu ludzi, którzy na piłce pozjadali zęby, powodem do rozważań. „La Furia Roja” będzie bronić na polsko-ukraińskich boiskach mistrzowskiego tytułu i siłą rozpędu należy uznać ją za drużynę, która będzie liczyć się w końcowych rozstrzygnięciach. Powodów jest oczywiście zdecydowanie więcej. Niemcy – jak to Niemcy – zawsze groźni i „zawsze wygrywają”. Rola czarnego konia znowu przypada Anglikom, którzy razem z Holendrami będą chcieli pokrzyżować plany ekipom Joachima Loewa i Vicente del Bosque.

Słynna na cały świat „tiki-taka” po raz kolejny będzie chciała zawojować piłkarską Europę. Powtórzenie wyczynu sprzed czterech lat będzie zdecydowanie trudniejsze, ale nie niemożliwe do zrealizowania. Trzon kadry pozostał praktycznie niezmieniony i składa się z najlepszej generacji hiszpańskich piłkarzy w historii. Najmocniejszą bronią tejże generacji jest właśnie wspomniana „tiki-taka”, która paradoksalnie może być jednocześnie jej największą bolączką. Jeśli Hiszpanie w jakiś sposób nie urozmaicą swojej gry, nie wniosą do niej nowych piłkarskich elementów, mogą mieć na Euro spore problemy. Z drugiej strony, jeśli Iniesta i spółka będą prezentować swój najlepszy futbol, jak przed czterema laty w Austrii i Szwajcarii, rywale mogą mieć niewiele do powiedzenia.
To właśnie olbrzymi talent sprawia, że Hiszpanów, którzy w ostatnich latach rozegrali najwięcej meczów spośród wszystkich reprezentacji na świecie, trzeba – idąc za typami bukmacherów – uznać za największego faworyta do zdobycia tytułu. Ci, którzy uważają inaczej, najczęściej powtarzają właśnie to, że „La Furia Roja” może być już tym wszystkim zmęczona. Nikomu w historii nie udało się wygrać trzech największych imprez piłkarskich jedna po drugiej. Dla wielu jest to fakt, iż drużyna del Bosque odda w tym roku panowanie komu innemu. Ale kwestie te rozpatrywać można na wiele sposobów. Jak już wspominałem, trzon kadry w zasadzie się nie zmienił – mało tego, jest on teraz dużo bardziej doświadczony. Przedstawiciele Półwyspu Iberyjskiego bez wątpienia odczują brak dwójki graczy Barcelony, Davida Villi i Carlesa Puyola, ale sprawi to, że będą jeszcze bardziej zdeterminowani do pokazania światu, że mimo tak poważnych absencji nadal mogą wygrywać z każdym rywalem. Przed Euro 2008 w kontekście Hiszpanii zawsze mówiło się o tym, że gra „pięknie jak nigdy, ale przegrywa jak zawsze”. Ta drużyna w końcu nauczyła się jednak wygrywać – wygrywać bez porzucania swoich ideologii, nie zmieniając stylu gry, który być może nie przynosi mnóstwa bramek, ale na takich turniejach liczy się liczba zwycięstw, a nie zdobytych goli. To sprawia, że Iker Casillas może 1 lipca w Kijowie po raz drugi w swoim życiu podnieść w górę mistrzowski puchar.












