Musimy pogodzić się z faktem, że mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie nieuchronnie dobiegły końca. Nadszedł czas podsumowań. O ocenę Euro 2012 poprosiliśmy Tomasza Wołka, znanego i cenionego dziennikarza i publicystę. Uznał on zakończony właśnie turniej za jeden z najlepszych w historii, pokusił się także o wskazanie odkryć, rozczarowań imprezy oraz o komentarz poczynań podopiecznych Franciszka Smudy.
Czy Euro 2012 wywołało istotne zamieszanie w Pana prywatnym rankingu wszystkich edycji mistrzostw Europy? Czy impreza ta zajęłaby wysoką lokatę w takiej klasyfikacji?
Niewątpliwie tak. Po pierwsze, byliśmy przecież świadkami niesamowitego, patriotycznego uniesienia. Mogliśmy widzieć tak wielki turniej piłkarski na własne oczy, oddychać nim, czuć tę atmosferę, przeżywać emocje, które bezpośrednio przecież także nas dotyczyły. Nie tylko drużyny, która grała na tej imprezie, ale nas jako współgospodarzy. Mam wrażenie, że gospodarzami poczuła się ogromna część polskiego społeczeństwa. To były wspaniałe, zbiorowe emocje. Poczucie jedności, wspólnego przeżywania głównie emocji pozytywnych – a te negatywne, związane ze zbyt szybkim odpadnięciem naszej ekipy, nie tyle zostały zapomniane, co nie zaciążyły tak dramatycznie na pogorszeniu się nastrojów. Po drugie, ściśle sportowy aspekt oceniam również bardzo pozytywnie. To były jedne z najlepszych mistrzostw Europy w historii. Znakomite mecze, świetne drużyny, zaskakujące rozstrzygnięcia, piękne bramki, wysoki poziom sportowy w każdym wymiarze – technicznym, taktycznym, atletycznym. Więc z każdego punktu widzenia, jakkolwiek spojrzeć, niezwykle udana impreza.

Czyli zgodzi się Pan z tezą, że Polska może czuć się zwycięzcą mistrzostw Europy? Przed turniejem przestrzegano przed możliwą organizacyjną klęską, klapą, kompromitacją. Przytoczmy chociaż słynny reportaż BBC, słowa Sola Campbella… Czy uważa Pan, że dzięki Euro na trwałe udało nam się zmienić wizerunek kraju dzikiego, niedostępnego?
W znacznej mierze nam się to udało. Ale dodajmy, że sceptycy albo ludzie nastawieni negatywnie byli nie tylko za granicą, ale także u nas w kraju. Myślę, że Jarosław Kaczyński i jego ekipa, cały PiS, życzyli jak najgorzej Polsce – to są w ogóle ludzie, którzy życzą naszej ojczyźnie źle, o ile nie są akurat przy władzy. Oni próbowali opluć tę imprezę. Już nie mówiąc o człowieku, którego nazwisko powinno być szybko zapomniane – niejaki Jan Tomaszewski, który bryzgał jadem nienawiści na wszystkich. Takie osoby niestety zawsze się znajdą. Uważam jednak, że równie ważne było to, jak odebrali Polskę cudzoziemcy, jakim wzrokiem na nią spojrzeli, jakie wrażenia wynieśli – a były one zdecydowanie pozytywne. Jaki to miało wpływ na samych Polaków? Mieliśmy prawo poczuć się, jeśli nie dumni, to przynajmniej usatysfakcjonowani, że potrafimy tak wiele zrobić, tak znakomicie się wywiązać z roli gościnnych, życzliwych gospodarzy. Ten nastrój się udzielał. To jest ogromny kapitał społeczny i psychiczny.










