Superpuchar Hiszpanii był widowiskiem niezwykłym. Dostarczył nam różnorakich emocji i dał pole do różnorakich przemyśleń. Ja skupię się na trzech z mojego punktu widzenia najciekawszych.
1. Real Madryt osiągnął poziom Barcelony
Po pierwszym totalnie zdominowanym przez „Królewskich” meczu Katalończycy zasłaniali się rezerwowym składem, brakiem odpowiedniego przygotowania i spiskiem żydomasonerii, twierdząc, że o ile Real zagrał najlepiej jak mógł, to oni starali się nie przemęczać i nie pocić zanadto. Z dumą ogłaszali, że ich rezerwowi są równie dobrzy jak pierwszy garnitur Realu Madryt – kłamali. Ich rezerwowi ustępowali „Los Blancos” pod niemal każdym względem. Mieli jednak jedną 170-centymetrową argentyńską zaletę. Od czasów Pelego wiemy, że drużyna mająca w swoim składzie najlepszego futbolistę globu, ma po prostu łatwiej. Gdyby bóg nadzorujący z chmurki mecz na Bernabeu był bogiem sprawiedliwym, wynik końcowy zawierałby w sobie dwubramkową przewagę Realu. Dyżurny bóg tego dnia był Katalończykiem.
W rewanżu było niby inaczej, bo Barcelona wybiegła na murawę w swoim najlepszym ustawieniu, pozbawiona jedynie Carlesa Puyola. W środku pola operował magiczny duet Xaviesta – Busquets, a w ataku wielkie MVP. Madryt był słabszy – nie słaby, po prostu słabszy. Ciągle był drużyną na poziomie nieosiągalnym dla nikogo poza swoim rywalem, ale jakoś wygasł w nim ten szaleńczy ogień, który sprawił, że chłopaki Mourinho na Bernabeu zamykali Barcelonę w jej własnym polu karnym. „Azulgrana” sobie atakowała, dochodziła do pola karnego i odbijała się od Pepego. Gdyby nie Messi, to pewnie „Królewscy” cieszyliby się ze zwycięstwa. Gdyby nie Messi, „Duma Katalonii” byłaby bezzębna. Z Messim wszystko jest bardzo proste. Argentyńczyk dostaje piłkę i strzela gola. Nie ma w tym wielkiej filozofii, jest za to na szczęście ciągle chłopięca radość i prostota.
Końcowy wynik jest troszkę niesprawiedliwy, bo z perspektywy dwumeczu to Real był stroną bez wątpienia lepszą. Jednak nie dajmy się zwieść pozorom – Madryt świętuje, nawet jeśli pod nosem mamrocze przekleństwa. Świętuje, bo chyba ostatecznie osiągnął poziom wydawałoby się nieuchwytnej katalońskiej bestii.
2. Agresja jako uniwersalny język

Niesamowite jest, jak bardzo nienawidzą się piłkarze obu drużyn. Rozumiem, że napięcie, że emocje, że mecz o stawkę, że Gran Derbi, ale bez przesady. Druga połowa spotkania na Camp Nou była bardziej grą strategiczną mającą na celu wykluczenie jak największej liczby zawodników niż czystym futbolem. Barceloniści kładli się na murawę z powodu najmniejszego podmuchu wiatru, Dani Alves co rusz zgłaszał sędziemu podejrzenie utraty kończyn, a Messi mamrotał pod nosem słowa, które nawet jeśli nie były niecenzuralne, to na pewno nie powodowały radości u graczy Mourinho. Madridstas z kolei za punkt honoru postawili sobie wkładanie w każdy ruch największej możliwej siły. Pepe, wybijając piłkę, robił zamach, jakby chciał kopnąć się w czoło, a Marcelo wykonywał wślizgi, które z pewnością wywoływałyby uśmiech na twarzy samego Thomasa Gravesena. Tak było za każdym razem! Pojawienie się białej koszulki wywoływało u graczy Barcelony uzasadniony strach przed utratą integralności ciała. Dlatego, by wyjechać ze stadionu w jednym kawałku, na potęgę symulowali oni faule i starali się sprawić, aby ktoś otrzymał czerwony kartonik. To wszystko było bardzo smutne i zdecydowanie niegodne takich wirtuozów. Na szczęście pan Fernandez Borbalan, sędzia raczej przeciętny, zapanował na widowiskiem i nie zrobił niczego głupiego.











