Ostatnio karmimy Was niezliczoną ilością artykułów na temat reprezentacji Polski, ale musicie nam wybaczyć. Rozstajemy się na miesiąc z kadrą Nawałki, więc chcemy jeszcze się nią nacieszyć, nie zabierajcie nam tej radości, szczególnie po tak okazałym wyniku, jakiego wczoraj byliśmy świadkami. Nasz dzielny redakcyjny kolega, Jakub Żurawski, zgrabnie opisał wszystkie meczowe i pomeczowe zagwozdki, więc nie będę go dublował.
Plus, minusy, wątpliwości, szanse…
Nie mogliśmy się spodziewać sześciu oczek po dwóch spotkaniach. Każdy punkt z Niemcami, choćby jeden, traktowalibyśmy jako duży sukces i niespodziankę, nawet po społecznie pompowanym baloniku. Mieliśmy w cuglach wygrać ten pojedynek i dumnym krokiem podążać w kierunku Euro 2016. Wyszło inaczej, ale nie możemy czuć się zawiedzeni. Obejrzeliśmy w akcji dwie drużyny, które nie odstawiały nóg, nie próbowały naśladować ruchów Kasparowa, nie czuły strachu przed rywalem. Obejrzeliśmy dwóch gladiatorów. Żaden nie był słabszy. Jeden z nich – po prostu nieco lepszy. Równy, dobry poziom, choć… nie wszystkie „Orły” Nawałki doleciały na to spotkanie. Nie chcemy znowu pastwić się nad Łukaszem Piszczkiem, ale jego piątkowe popisy udowadniają, że do piłkarskiego topu nieco mu brakuje. Kilka niedociągnięć jest, chociaż Siara z „Kilera” ma pewnie inne zdanie na ten temat.
Dość owijania w bawełnę, zacznijmy zabawę w odpowiedzialność zbiorową, tak popularną w naszym kraju.
Bramkarz
W meczu z Niemcami niespodziewanie miał mniej pracy niż z Gibraltarem, chociaż – umówmy się – tempo w obu spotkaniach zgoła odmienne. W piątek wpuścił, co miał wpuścić, złapał, co miał złapać, a wczoraj Gibraltarczycy (tak to się pisze?) kilka razy sprawdzili bramkarza Swansea – został pokonany dopiero w końcówce spotkania. Sprawiał raczej pozytywne wrażenie. Nie robił show, nie pajacował, nie kombinował. Przyzwoicie. Do dalszej obserwacji. Nawałka pokazał jednak, że bezgranicznie ufa Fabiańskiemu. Nie było żadnego kombinowania, zmieniania bramkarza w przerwie. Trzeba mieć wielkie jaja duży autorytet, żeby nie wpuścić z ławki, choćby na minutę, Boruca czy Szczęsnego.
Obrońcy
Tutaj nastąpiło pomieszanie z poplątaniem. Jakaś żyła wodna musi płynąć na naszej prawej stronie obrony. Najpierw koncert dał niemiłosiernie ogrywany Piszczek, a później Olkowski – delikatnie mówiąc – też się nie popisał, choć paradoksalnie bramkę z Gibraltarem straciliśmy… po jego zejściu z boiska. O Macieja Rybusa bałem się najbardziej. Ten filigranowy lewy pomocnik nigdy nie słynął z ofiarności w defensywie, raczej wolał dryblować na połowie rywala, a w starcie z mistrzem świata obok Glika był najjaśniejszym punktem obrony. Chociaż już na początku meczu złapał żółty kartonik, to później pilnował się jak należy. Rzadko przekraczał linię środkową, był uważny w szeregach obronnych i widzę tutaj solidnego kandydata na wykupienie stałego abonamentu na grę na tej pozycji. Miał być Wawrzyniak, miał być Boenisch, miał być Jędrzyjczyk, a przypadkiem trafiło na Rybusa. Nawałka wygrał los na loterii.











