Trzecie zwycięstwo z rzędu dla „Nafciarzy” stało się faktem. Ostatni raz drużyna z Płocka miała taką serię lekko ponad rok temu, gdy z butem weszła w kampanię PKO Ekstraklasy 2022/2023. Bardzo dobre jak na niedzielne południe spotkanie nie szło jednak w parze z wysokim poziomem sędziowania. Polscy arbitrzy po raz kolejny dali o sobie znać, niestety, po raz kolejny w sposób negatywny. Damian Kos, od niedawna sędzia międzynarodowy, nie będzie najlepiej wspominał tego meczu.
Zacznijmy od decyzji o rzucie karnym dla GKS-u, którą można nazwać przynajmniej kontrowersyjną. Zdaniem sędziego Emil Thiakane faulował Marcela Błachewicza, walcząc z nim bark w bark. Można się kłócić, czy tak rzeczywiście było, ale no właśnie. Można podjąć jakąś dyskusję, polemikę przy tej decyzji. Co innego, gdy mówimy o sytuacji z końcówki pierwszej połowy. Na stadionie chyba każdy poza sędzią Kosem widział ewidentny faul na Fryderyku Gerbowskim. Arbiter postrzegał to inaczej. Żadnego przewinienia nie było, a młodzieżowiec został ukarany żółtą kartką za… symulkę.
Po bardzo długiej chwili Kos, poinformowany przez VAR, zdecydował się ostatecznie podejść do monitora i sprawdzić tę sytuację. Dostrzeżenie faulu w tym bardzo jednoznacznym starciu także zajęło sędziemu kilka dobrych chwil. Ostatecznie „jedenastkę” podyktował, a Wisła Płock schodziła do szatni z jednobramkowym prowadzeniem.
Wisła Płock 4:1 GKS Tychy
Poza poziomem sędziowania sam mecz można nazwać atrakcyjnym. Nawet pomimo tak niekorzystnej pory jak niedzielne południe. Ostatni raz tak wiele goli na stadionie przy ul. Łukasiewicza kibice mieli okazję oglądać przy okazji starcia z Jagiellonią Białystok w kwietniu. Wisła Płock przegrała wówczas 2:4, straciwszy dwubramkowe prowadzenie. To spotkanie fani klubu znad Wisły z pewnością będą wspominać lepiej.
Od pierwszych minut widać było delikatną przewagę „Nafciarzy”. Starali się prowadzić grę i nawet jakoś im to wychodziło. A to strzał Sekulskiego głową po wrzutce Thiakane, a to uderzenie spoza pola karnego Gricia. GKS był mocno cofnięty i nie odpowiadał na ataki Wisły. Pierwszą groźniejszą akcję podopieczni Dariusza Banasika przeprowadzili w okolicach 15. minuty, gdy przedostali się pod pole karne gospodarzy. I tam miała miejsce kontrowersja, o której wspominamy wyżej. „Jedenastka” dla gości z Tychów. Ostatecznie do wykonania rzutu karnego podszedł Mateusz Radecki i… spudłował. Jego intencję świetnie wyczuł Bartłomiej Gradecki, który przy okazji rozegrał bardzo dobre spotkanie.











