„U siebie graj jak u siebie, a u obcego na…”. Takie motto w bieżącym sezonie obrała drużyna „Nafciarzy”. Wisła Płock przed własną publicznością trzy razy zwyciężała, raz remisując, a w gościach na sześć spotkań sześć razy schodziła na tarczy. Wyjątku nie było nawet podczas meczu pucharowego z pierwszoligowcem.
Czy można więc zaryzykować stwierdzenie, że oglądamy skrajnie różne dwie twarze Wisły Płock w aktualnych rozgrywkach? Paradoksalnie – raczej nie. A to dlatego, że postawa podopiecznych Macieja Bartoszka na wyjazdach wcale nie odbiega znacznie od tego, co płocczanie prezentują na stadionie imienia Kazimierza Górskiego. Większość z tych starć to spełnianie nakreślanych założeń i odważne stawianie oporu wobec inicjatywy gospodarzy. Dorobek z tych spotkań mógł spokojnie przynajmniej zbliżyć się do łącznej zdobyczy domowej Wiślaków. Ale i tak wyniósł on okrągłe zero, i wygląda to tak, jakby nad „Nafciarzami” po prostu wisiało fatum.
Wisła Płock – kuriozum porażek
„Przegraliśmy na własne życzenie”. „Przegraliśmy ten mecz sami”. „My już ten mecz przegraliśmy”. „Kolejny mecz wyjazdowy przegrywamy”. Rozdział wyjazdowych spotkań Wisły Płock sezonu 2021/2022 to niekończące się pasmo przegranych i coraz mocniej narastająca frustracja. Oliwy do ognia dolewają okoliczności kolejnych i kolejnych plam poza własnym domem ekipy z Pojezierza Dobrzyńskiego.
Pierwsza seria gier i jednobramkowa porażka w stolicy po pięknym golu Ernesta Muciego z dystansu. Przegrać w Warszawie z mistrzem Polski to niby nic strasznego, ale uwzględniając korzystny timeing rozegrania owego pojedynku – tego sezonu z Legią w lidze wygrywają niemal wszyscy nastawieni na styl ofensywny, ale oczywiście nie Wisła Płock… trzecia siła ofensywna w ekstraklasie.











