Nie lubimy używać pustych frazesów i sloganów, jak te mówiące o derbach, „które rządzą się swoimi prawami”. Kto jednak oglądał dzisiejsze kolejne starcie Świętej Wojny, wie, że to faktycznie było zupełnie nietypowe spotkanie. I wcale nie mamy tu na myśli jego wyniku, remisu 1:1, lecz całokształt.
Wiślacy ofiarowali paczkę
Tytuł naszej relacji w pewnym sensie najlepiej oddaje obraz całego spotkania. Nawet nie chodzi tu tylko o koszulki wiślaków, na których dziś było logo ogólnopolskiej akcji, lecz o grę gospodarzy, której nie mogliśmy się nadziwić. Po kolei. Rozpoczęto teoretycznie „normalnie”. Zgodnie z oczekiwaniami „Biała Gwiazda” rzuciła się na rywali niczym wygłodniałe psy Ramsaya Boltona (bez żadnych społeczno-politycznych skojarzeń). Nie zdążyliśmy zagotować herbaty, a już po kapitalnym strzale Brleka gospodarze objęli prowadzenie. Dodajmy, że to nie pierwsze tak ładne uderzenie Chorwata w tym sezonie. Kolejne minuty utwierdziły nas w przekonaniu, że następne gole dla Wisły są tylko kwestią czasu.
I nagle jeden pstryk, po którym ekipa gospodarzy zgasła.
Trudno powiedzieć, jaki konkretnie cel na to spotkanie obrał duet Sobolewski – Kmiecik, lecz nie była nim z pewnością dominacja nad przeciwnikiem. OK, już we wcześniejszych spotkaniach Wisła sprawiała wrażenie ekipy, która po prostu czeka na swoje okazje, by z premedytacją ukarać rywala. Jeszcze tydzień temu nawet chwaliliśmy ten cynizm, oddawanie gry i wyczekiwanie na błędy. Dziś jednak trudno nie zauważyć, że gospodarze przesadzili z nadmierną gościnnością. Mniej więcej od końca pierwszego kwadransa postanowili bowiem oddać przeciwnikowi wszelką inicjatywę. Efekt? Zaledwie jeden celny strzał do przerwy. W drugiej połowie zaś do całkowitego dorobku ofensywnego dorzucili jeszcze dwa strzały. I tyle.
Dowieziemy wynik? Bzdura
Już w przerwie zastanawialiśmy się nad dalszym pomysłem Wisły na to spotkanie. Gdy zaś komentatorzy zaczęli nadużywać hasła o „kontroli wyniku”, już wiedzieliśmy, co się święci. Dobra, gdzie jak gdzie, ale akurat w ekstraklasie nie da się skutecznie bronić wyniku. I rzeczywiście, Cracovia, wyczuwając szansę na strzelenie bramki, stopniowo odważniej forsowała defensywę rywali. I w końcu tego dokonała, po żałosnym zagraniu Jovicia i strzale Krzysztofa Piątka. Napastnika Cracovii, który – trzeba to sobie powiedzieć wprost – kilka minut wcześniej powinien był wylecieć z boiska.
Sędziowski kabaret
Wszystko za sprawą starcia, do którego w polu karnym Wisły doszło między Maciejem Sadlokiem a napastnikiem Cracovii. Z początku zwykła przepychanka szybko przeistoczyła się w drużynową naparzankę, zainicjowaną przez samego Piątka, który sierpowym postanowił zwalić na ziemię defensora „Białej Gwiazdy”. Nie minęły sekundy, a do bitwy dołączyli kolejni piłkarze z agresywnym Popoviciem na czele, a także… dopingującym piłkarzy zza bandy ultrasem.
W tym miejscu do akcji wkroczyli sędziowie, którzy w ciągu kilku sekund popisali się umiejętnościami wnikliwej obserwacji. Najpierw pan Tomasz Kwiatkowski wręczył Piątkowi żółtą kartkę, podobnie jak Sadlokowi. Z kolei Popović najwyraźniej został pomylony z defensorem Wisły, bo tylko tak możemy uzasadnić brak kary dla Słoweńca. Sami więc widzimy, że również panowie arbitrzy postanowili być dzisiaj łaskawi.











