Wyczekaliśmy, nacierpieliśmy się, wysłuchaliśmy o aferach, że Karol Świderski jest dziesiątką, a Michał Gurgul nie prezentuje poziomu międzynarodowego. W nagrodę za cierpliwość Ekstraklasa „na dzień dobry” uraczyła nas konfrontacją Wieczystej Kraków z Wisłą Płock. Wygrali, o dziwo, Krakowianie.
Najpierw Wieczysta Kraków waliła głową w mur, potem znalazła sposób
Piłkarskie delicje to nie były, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach nie spodziewał się sztuczek, dryblingów, wysokiego tempa. Był to raczej leniwy mecz, ale mądrze rozegrany przez Wieczystą Kraków. Ekipa Żelijko Kopicia najpierw konstruowała akcje poprzez atak pozycyjny, jednak defensywa Wisły Płock była na tyle skondensowana, że trudno było zaatakować jej pole karne. Nie działało to. W końcowej części pierwszej połowy spotkania „Nafciarze” przenieśli większą liczbę piłkarzy na połowę rywali. To właśnie wtedy uformował się kontratak po którym z gola cieszył się Lucas Piazon.
Wisła Płock zapomniała mapy, kompasu, planu i własnej głowy
Od tego momentu podopieczni Adama Majewskiego nie wiedzieli, jak grać. Zupełnie jakby przyjechali bez jakiegokolwiek planu. Była dezorientacja – dlaczego ta Wieczysta z jednym zwycięstwem w lidze nas tak boleśnie punktuje? – mogli pytać się siebie nawzajem gracze Majewskiego. Zresztą podopieczni Kopicia mogli ten mecz wygrać wyższą różnicą bramek. Parę razy ze stałego fragmentu szczęścia próbował Kamil Dankowski, gdyby nie faul w polu karnym, mielibyśmy do czynienia z golem Bartosza Białka. Ofensywa Wieczystej była dziś rozpędzona, bardziej konkretna i nieco mniej chaotyczna. Na gości z Płocka to wystarczyło. Wieczysta Kraków wygrała 3:0, gole strzelali Lucas Piazon i dwukrotnie Lisandro Semedo.
Mecz-paradoks. Wieczysta Kraków lepiej przepracowała przerwę reprezentacyjną?
Ten mecz jest jednak fascynujący z zupełnie innego powodu. Mianowicie, gdyby został rozegrany przed przerwą reprezentacyjną, istniałoby duże prawdopodobieństwo, że obraz gry drastycznie by się zmienił. W lidze tak wyrównanej jak Ekstraklasa takie didaskalia mogą wywrócić kwestię końcowego podziału punktów o 180 stopni.
Przed tą trzytygodniową męczarnią z przerwą na kadrę:
- Wisła Płock notowała 3. mecz z rzędu bez porażki, remis z bardzo dobrą Pogonią Szczecin, zwycięstwo z Cracovią i niezłym Zagłębiem Lubin, wyglądała jak zespół, który ewidentnie się rozwija
- Wieczysta Kraków notująca 5. mecz z rzędu bez zwycięstwa
Na logikę, gdyby te dwa mecze nie rozdzielały trzy tygodnie, a jeden, rezultat mógłby być kompletnie inny: rozpędzonej Wiśle Płock łatwiej byłoby z Wieczystą Kraków, która dopiero co zatrudniła nowego trenera i już chce go zwalniać. Kopić straciłby posadę, Wisła Płock ni stąd, ni zowąd znalazłaby się w górnej części tabeli.
Wieczysta Kraków potrzebowała oddechu
Za nami jednak eksperymentalna, długa, wyczerpująca przerwa reprezentacyjna. Trener Żejlko Kopić miał ten komfort, że wszyscy jego piłkarze poza Mateuszem Kochalskim zostali na miejscu. Trener Adam Majewski – podobnie. Długofalowe wnioski o tym, kto w jaki sposób wykorzystał ten czas będziemy wyciągać później, ale z pewnością, ten chwilowy rozbrat z piłką klubową był Wieczystej potrzebny.
Dziwi jednak tak nagłe zgaśnięcie Wisły Płock. Nie wygrywała z klubami wybitnymi, ale była lepsza niż w początkowej części sezonu. I tu nagle przychodzi Wieczysta Kraków. I są problemy. Gospodarze, żeby nie było, nie obyli odmienioną drużyną w defensywie. Dało się założyć wyższy pressing i Wieczysta by się gubiła. Zresztą, w okolicach 20. minuty meczu pod własnym polem karnym pomylił się Mikkel Maigaard. Akcję wyprowadził Samuel Akere, zagrał w pole karne, akcja nie doczekała się jednak godnej finalizacji.
Tylko Leszczyńskiego trochę szkoda
W tym momencie Wisła Płock powinna zyskać już know-how jak z Wieczystą walczyć. Z każdą kolejną minutą zupełnie przygasała. I został tylko ten biedny Rafał Leszczyński, niezwykle zaangażowany emocjonalnie w mecz, ale niemogący zrobić zbyt dużo z ofensywną indolencją swoich kolegów. Przykro się patrzyło na jego reakcję po kolejnych to golach i szansach Wieczystej. Sam nie jest bez winy, bo przy drugiej bramce Semedo popełnił błąd, ale jeżeli ktoś wkłada w serce w grę „Nafciarzy” – przede wszystkim jest to Leszczyński. Może gdyby ustawić go na atak zamiast Saida Hamulicia byłoby lepiej, bo trudno już mi uwierzyć, że da się wymyślić gorsze rozwiązanie.











