13 spotkań, 13 porażek. Oto wyjazdowy bilans Widzewa w tym sezonie. Kolejnym aktem łódzkiej tragedii w tym sezonie było spotkanie z Lechią Gdańsk, które zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 2:0. Widzew ostatni raz w T-ME wygrał w listopadzie!

Na początku meczu obie strony próbowały nieśmiało atakować, swoje szanse mieli Tuszyński dla gospodarzy czy Mikita w zespole Widzewa – obaj strzelali jednak niecelnie. Niestety, mniej więcej po dwudziestu minutach gry tempo spotkania dramatycznie spadło i widowisko stało się szalenie usypiające. Ten stan rzeczy musiał sfrustrować Lechistów, którzy po 29. minutach przeprowadzili świetną akcję i zdobyli prowadzenie. Po dośrodkowaniu Makuszewskiego z prawej strony piłka spadła na głowę Piotra Wiśniewskiego, który sprytnie odegrał na środek pola karnego do Stojana Vranjesa. Bośniak świetnie złożył się do strzału i z pierwszej piłki uderzył tuż obok słupka, zdobywając prowadzenie dla gdańszczan. Bramka dała dużą pewność siebie gospodarzom, którzy od tego momentu niepodzielnie kontrolowali wydarzenia na boisku. Goście, mimo że próbowali, nie potrafili poważnie zagrozić bramce Bąka. Z kolei piłkarze Michała Probierza nie forsowali tempa, a swoje kontry rozgrywali z nadmierną nonszalancją, co pozwalało łodzianom pewnie je kasować. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 1:0.

Druga część gry rozpoczęła się od świetnej wizualnie wymiany ciosów. Najpierw Patryk Tuszyński nie wykorzystał błędu Nowaka i sprzed pola karnego uderzył nad poprzeczką. Swoje szanse mieli także piłkarze RTS, jednak ani Eduards Visnakovs, ani Veljko Batrović nie potrafili trafić w światło bramki gospodarzy. Ci nie chcieli czekać na rozwój wypadków i również atakowali. Rzut rożny z 53. minuty mógł przynieść podwyższenie wyniku, lecz Dawidowicz trafił po nim w poprzeczkę. Po tym szalonym fragmencie Lechia znów skupiła się na operowaniu piłką i kontrolowaniu boiskowych wydarzeń. Brylował Vranjes, który obsługiwał kolegami dobrymi dośrodkowaniami. Widzewiacy zaś nie potrafili poważnie zagrozić świątyni Bąka. Dość powiedzieć, że w całym meczu piłkarze Artura Skowronka nie oddali celnego strzału na bramkę. Z kolei gdańszczanie postanowili nie kusić losu i zrobić wszystko, by podwyższyć prowadzenie. W 72. minucie akcję zmarnował Leković, który, dobrze wypuszczony przez Wiśniewskiego, płaskim strzałem przestrzelił obok dalszego słupka. Dwie minuty później, po fatalnym błędzie Augustyniaka, który dał sobie odebrać piłkę przy własnym polu karnym, asystujący w poprzedniej akcji Wiśniewski diabelnie mocno uderzył piłkę prosto w Wolańskiego. Po małym kotle w polu karnym Widzewa, łodzianom udało się wyekspediować piłkę. Głównym bohaterem widowiska został jednak Vranjes. Już chwilę potem, po idealnym zagraniu od Makuszewskiego, które minęło praktycznie całą linię obrony gości, Bośniak znalazł się sam na sam z bramkarzem rywali i pewnie podwyższył na 2:0!











