Spore kłopoty mieli podopieczni Janusza Niedźwiedzia z przebiciem się przez obronę Śląska. Wczorajsze spotkanie nie należało do tych najprzyjemniejszych i najłatwiejszych do oglądania. Najważniejsze jest jednak to, że to Widzew za sprawą Kristoffera Normanna Hansena przechylił szalę zwycięstwa na swoją stronę. Po sporych męczarniach dopisuje sobie trzy punkty.
Widzew rozegrał chyba najgorsze spotkanie spośród czterech rozegranych wiosną. Nie ma to jednak absolutnie żadnego znaczenia, bo poprzednie mecze nie dawały kompletu punktów, choć styl był wtedy co najmniej niezły. Teraz kiedy „Czerwono-biało-czerwoni” zaprezentowali się trochę gorzej, szczególnie w ofensywie, zainkasowali trzy „oczka”. To właśnie jest najważniejsza informacja dla kibiców Widzewa. Trzeba jednak z całą pewnością przyznać, że RTS miał w tym meczu spore ciężary i szczególnie w drugiej połowie nie wyglądał najlepiej na tle słabo dysponowanego Śląska. We wcześniejszych spotkaniach łodzianie mieli problemy ze skutecznością, wczoraj szwankowało kreowanie sytuacji strzeleckich – szczególnie w drugiej połowie.
Mizerna druga połowa
Po pierwszej części spotkania, którą trzeba chyba uznać za lepszą od drugiej (oceniając całe widowisko), wszyscy liczyli, że druga odsłona meczu przyniesie gole. W sumie tak też się stało, bo widzewiacy w doliczonym czasie gry otworzyli wynik meczu. Cała druga połowa stała jednak na słabym poziomie piłkarskim i bardzo trudno oglądało się to, co „prezentowały” nam obie drużyny. Można powiedzieć, że bramka w samej końcówce wynagrodziła licznie zgromadzonym w „Sercu Łodzi” kibicom całą drugą połowę, pozwalając cieszyć się im z trzech punktów.
Widzew w drugiej części gry był słabszy, były fragmenty, kiedy to goście częściej próbowali dochodzić do głosu. Na szczęście optyczna dominacja nie przekładała się na konkrety pod bramką Ravasa. Śląsk był zdecydowanie jedną ze słabszych drużyn, które zawitały w tym sezonie do „Serca Łodzi”. Wrocławianie zasłużenie z Łodzi wracają bez punktów.
– Cieszymy się, bo to nasze pierwsze wiosenne zwycięstwo. Z jednej strony – w końcu, z drugiej – pracowaliśmy na nie w tym meczu. Pierwsza połowa była w naszym wykonaniu bardzo dobra, ale piłka nie wpadła do siatki. Musieliśmy poczekać aż do 92. minuty. Musimy docenić drużynę za to, że do końca wierzyła, choć w drugiej części nie układało się to tak, jak byśmy chcieli. Wierzyliśmy, walczyliśmy o tego gola i przechyliliśmy szalę na swoją korzyść – powiedział po meczu Janusz Niedźwiedź (: Widzew.com).











