Widzew Łódź przed sezonem 2025/2026 dokonał głośnych wzmocnień i miał wykonać krok w stronę europejskich pucharów. Robert Dobrzycki wszedł do klubu z ambicją, by od razu zaznaczyć obecność Widzewa na najwyższym poziomie. Po kilku miesiącach widać jednak, że projekt nie rozwija się tak, jak zakładano, a błędy i chaos organizacyjny spowalniają postęp. W tej sytuacji to właśnie Puchar Polski urósł do rangi priorytetu i może być jedyną realną szansą na uratowanie sezonu.
Transfery i jeszcze więcej transferów
Latem Widzew wydał ponad 7 milionów euro. W warunkach PKO Ekstraklasy to wynik wykraczający poza normę. Klub uznał, że potrzebna jest rewolucja składu. Do Łodzi trafili między innymi Mariusz Fornalczyk, Andi Zeqiri oraz Stelios Andreou. Ta trójka pochłonęła prawie 5 milionów euro, a w klubie pokładano w nich ogromne nadzieje.
Nowe twarze pojawiły się właściwie w każdej formacji. Zaledwie kilku piłkarzy z poprzedniej kadry nie straciło swojego miejsca. Plan zakładał błyskawiczne efekty. Oczekiwano, że każdy z nowych zawodników szybko odnajdzie się w systemie, wejdzie na wysoki poziom i natychmiast wniesie większą wartość do drużyny. Jednocześnie sprowadzano zawodników stosunkowo młodych. Najstarszy transfer Pape Meissa Ba ma 28 lat, co pokazuje, że działania klubu miały perspektywę również na lata. Te ruchy robiły wrażenie i wielu kibiców całej ligi spodziewało się, że Widzew szybko stanie się jednym z głównych kandydatów do najwyższych pozycji. Obecnie jednak zespół zajmuje 10. miejsce. Strata do czołówki nie jest duża, ale nastroje są dalekie od euforii. Teraz powoli wraca delikatny optymizm, jednak pojawił się problem, który klub dopiero niedawno zaczął stabilizować.
Karuzela Widzewa Łódź. Jopic, Czubak i Jovicevic
Największym problemem była rotacja na stanowisku trenera Widzewa Łódź. Trzech szkoleniowców w jednym sezonie robi wrażenie i nie świadczy najlepiej o stabilności klubu. W ostatnich miesiącach w Łodzi więcej mówiło się o wydarzeniach poza boiskiem. Najpierw brak wiary w projekt prowadzony przez Żeljko Jopicia i jego zwolnienie, później temat związany z weselem w Grecji i zmiana na trenera Patryka Czubaka. Ten natomiast miał być odpowiednikiem Siemieńca, lecz i ten plan szybko upadł.

W klubie brakowało stabilizacji i konsekwencji w działaniu, co przekładało się na decyzje podejmowane szybko i impulsywnie. Taki sposób zarządzania niemal zawsze odbija się na wynikach sportowych. Gdy dołożymy do tego szatnię, która dopiero się poznaje, mamy przepis na poważny kryzys. Konieczne były zmiany w pionie sportowym. Piotr Burlikowski objął stanowisko dyrektora działu zawodowego, a jego zadaniem jest uporządkowanie zespołu i zbudowanie planu działania. Kolejnym trenerem Widzewa został Igor Jovicevic i zapowiada się, że już tak zostanie do końca sezonu. Pomimo trudnego początku i dalszej złej otoczki wokół klubu, pierwsze pozytywne sygnały pojawiły się w ostatnich tygodniach. Widzew zaczął grać na dwóch napastników, zmienił też styl gry, zamiast dominować piłkę – oddaje ją i szuka przestrzeni do kontr. To zaczyna powoli przynosić pożądane efekty. Mimo tego istnieją rozczarowania personalne. Mariusz Fornalczyk, który w Koronie był przebojowy, nie potrafi wskoczyć na tamten poziom. Przy tylu nowych twarzach problemy z aklimatyzacją nie są zaskoczeniem. Możliwe, że zimą dojdzie do odejść.











