W Lubinie doszło do spotkania drużyn, które po dwóch kolejkach mogły się pochwalić kompletem punktów. Pomimo tego, że od początku drugiej połowy Zagłębie Lubin grało w przewadze, nie zdołało dowieźć zwycięskiego wyniku do końca. Tymczasem „Kolejorz” może cieszyć się z faktu, że Dolnego Śląska nie opuszcza z pustymi rękoma.
Już przed pierwszym gwizdkiem sędziego Damiana Kosa wiadomo było, że w Lubinie będziemy świadkami ciekawego spotkania. I można nawet pominąć kwestie sportowe, choć i te okazały się być na najwyższym poziomie. Deszczowa pogoda nie przeszkodziła kibicom zarówno Zagłębia, jak i Lecha w stworzeniu prawdziwego piłkarskiego widowiska. Po ponad 14 latach, odkąd „Miedziowi” przenieśli się na nowy obiekt, ich stadion po raz pierwszy został zapełniony do praktycznie ostatniego krzesełka. Mecz z wysokości trybun obejrzało 15 813 fanów.
Wysoka frekwencja i świetna atmosfera nie umknęły uwadze zawodników: – Momentami grało się jak nie w polskiej lidze. Ten doping był bardzo fajny i oby tak dalej – komentował na gorąco po spotkaniu zawodnik Zagłębia Lubin, Kacper Chodyna. Gospodarze wykorzystali duże zainteresowanie niedzielnym spotkaniem i wraz ze swoim sponsorem zorganizowali również akcję „Dorzuć Misia”. W przerwie na boisku znalazły się setki pluszaków, które zostaną przekazane lokalnym ośrodkom pomagającym dzieciom. Za takie wydarzenia zawsze szacunek. Główną rolę odegrali jednak sami zawodnicy.
Kiepski początek Lecha
Można powtarzać to do znudzenia. Zagłębie Lubin coraz poważniej wyrasta do miana zespołu, który może powalczyć z czołówką ligi o górną część tabeli. Potwierdziło to również w meczu z Lechem. W pierwszej połowie to właśnie podopieczni Waldemara Fornalika stworzyli sobie więcej sytuacji na objęcie prowadzenia. Konsekwentnie przemieszczali się w pole karne przeciwnika za pomocą szybkich kontrataków. Dobre sytuacje na bramki mogli zamienić Tomasz Pieńko i Bartłomiej Kłudka.
Co się odwlecze, to nie uciecze. W 41. minucie po uderzeniu Tomasza Makowskiego Filip Bednarek zaliczył na tyle niefortunną interwencję, że piłka wpadła prosto pod nogi Dawida Kurminowskiego. A 24-letni napastnik doskonale wie, jak takie błędy wykorzystywać. Sytuacja niemal analogiczna jak sprzed tygodnia, gdzie to Rafał Leszczyński pomógł „Miedziowym” wyrównać wynik meczu. Zagłębie schodziło więc do szatni z jednobramkowym prowadzeniem.












