W niedzielnym wydaniu poczytnego katalońskiego dziennika „El Periodico” na okładce zadano czytelnikom pytanie o to, czy w wieczornym meczu Realu z Barceloną liczyła będzie się tylko piłka nożna. W tle redaktorzy gazety umieścili zdjęcie Camp Nou przykrytego gigantyczną flagą Katalonii, niejako sugerując odpowiedź. Na szczęście ostatecznie polityka przegrała ze sportem.
Pewnie zwróciliście uwagę na wspaniałą oprawę Gran Derbi. Kibice zgromadzeni na największym stadionie w Hiszpanii przed pierwszym gwizdkiem wznieśli w górę kartoniki, które stworzyły gigantyczną mozaikę w barwach Katalonii. Żółto-czerwone paski senyery, te słynne cztery paski są dla ludzi z tego regionu bardzo ważne. Przez długie latania panowania Francisco Franco eksponowanie barw narodowych było surowo zabronione. Gdy dyktator zmarł w 1975 roku, barcelończycy odzyskali nadzieję. Los chciał, że kilka tygodni po wyczekiwanym zgonie generała na Camp Nou przyjechał Real Madryt. Właśnie tamten grudniowy mecz uchodzi za moment, w którym polityka najmocniej starła się z futbolem. Wtedy „Blaugrana” ostatecznie stała się klubem-symbolem wolnościowych marzeń Katalończyków. Wtedy piłka przegrała. Dziś, prawie 37 lat po tamtych wydarzeniach, w zbiorowej pamięci zapisały się tylko tysiące przemyconych na trybuny flag, chóralne wykonanie zakazanego hymnu i nastrój zupełnie jak z piosenek Lluisa Llacha.

Nikt nie pamięta już nawet wyniku tamtego starcia. A to był piękny, naprawdę piękny mecz. Barcelona wygrała 2:1, a gola na wagę zwycięstwa w ostatniej minucie meczu strzelił Charlie Rexach. Wcześniej do siatki trafiały inne legendy futbolu – Johan Neeskens i „Pirri”. Po stronie gospodarzy od pierwszych minut zagrali tacy zawodnicy jak Cruyff czy Migueli. Jeszcze wspanialszy gwiazdozbiór wybiegł na murawę w składzie Realu Madryt: Camacho, del Bosque, Santillana, Netzer czy Amancio.
W ostatnich miesiącach nastroje w Katalonii stają się coraz bardziej klarowne. 11 września, w dniu niepodległości, ulicami Barcelony przemaszerował spokojny, ponadmilionowy tłum ludzi popierających dążenia nacjonalistyczne. Na czele pochodu szli ludzie związani z „Azulgraną” – Sandro Rosell i Joan Laporta – a z telebimu do tłumu przemawiał Pep Guardiola. Wiadomo było, że atmosfera podczas El Clasico będzie gorąca. Gdy wyszło na jaw, że przed spotkaniem trybuny stadionu zostaną przerobione na senyerę, szybko pojawiły się różne komentarze. Xavi taką mozaikę uznał za coś pięknego i zupełnie niewinnego, Pique stwierdził ze smutkiem, że takie działania sprawiają, że zamiast o meczu piłkarskim, mówi się o wojnie na linii Katalonia – Hiszpania. Jego słowa niejako potwierdził Sandro Rosell, szokując świat stwierdzeniem, że bycie fanem Barcelony jest nierozłącznie związane z byciem Katalończykiem. Tych dwóch spraw nie da się według niego rozdzielić. Miliony jego rodaków niekibicujących aktualnym liderom La Liga bardzo się zdenerwowało. Podobnie jak setki milionów ludzi, w których żyłach nie płynie ani kropla krwi w żółto-czerwone paski, a którzy z jakiegoś powodu czują się kibicami „Blaugrany”. Ot, głupota i tyle. Sytuację starał się łagodzić były sternik klubu, pan Laporta. Stwierdził on, że tu chodzi tylko o warstwę symboliczną. Barcelona jest symbolem Katalonii tak samo jak Real jest symbolem Hiszpanii, nic więcej. Prawicowa prasa ze stolicy kraju porównała nacjonalistów z Katalonii do nazistów. W końcu ci drudzy też lubowali się w pochodach, machaniu flagami i dzieleniu ludzi na swoich i obcych.










