Francja po emocjonującym spotkaniu pokonała Chorwację 4:2 i została nowym mistrzem świata. Podopieczni Didiera Deschampsa nie dali szans swoim przeciwnikom, wykorzystali ich niedoskonałości i również dzięki szczęściu powtórzyli największy sukces swojej reprezentacji z 1998 roku.
Po miesiącu zmagań na rosyjskich boiskach nadszedł czas na decydujące rozstrzygnięcia. Wczoraj brązowy medal zdobyła Belgia, która w pewnym stylu pokonała Anglię. W niedzielne popołudnie na moskiewskich Łużnikach zmierzyły się dwie najlepsze drużyny mistrzostw świata, Francja Didiera Deschampsa rywalizowała z Chorwacją Zlatko Dalicia.
Niejednokrotnie w ostatnich dniach słyszeliśmy, że dla Chorwatów to najważniejszy mecz w życiu. Trudno się dziwić, gdyż dla kilku kluczowych zawodników była to ostatnia szansa w karierze na zdobycie mistrzostwa świata. Na tegorocznych mistrzostwach prezentowali się świetnie, jednak faza pucharowa była dla nich męczarnią, gdyż wszystkie spotkania rozstrzygali po rozegraniu aż 120 minut, w tym dwukrotnie po konkursie rzutów karnych.
Francuzi marzyli o występie w finale mundialu od pamiętnego 2006 roku, gdy po konkursie „jedenastek” przegrali z Włochami. Dla „Trójkolorowych” był to drugi finał z rzędu wielkiej imprezy, po przegranej rywalizacji z Portugalią na ostatnich mistrzostwach Europy rozgrywanych w ich ojczyźnie. Wszyscy nad Sekwaną pragnęli jednego – aby powtórzyć sukces z 1998 roku i zdobyć drugie w historii mistrzostwo świata.
Gol z rzutu wolnego, którego nie powinno być
Pierwsze minuty były nieco chaotyczne, można wręcz powiedzieć, że nudne, gdyż zarówno jedna, jak i druga drużyna nie była dokładna w swoich ofensywnych poczynaniach. Dlatego trudno było stworzyć dobrą sytuację i zagrozić bramce przeciwnika. W pierwszym kwadransie pewniej wyglądali jednak Chorwacji, którzy pragnęli pierwsi ruszyć do przodu. A robili to przede wszystkim w bocznych sektorach, w których problemy mieli Lucas Hernandez i Benjamin Pavard, ale dobrze asekurowali ich Kylian Mbappe oraz Blaise Matuidi.











