Drużyna Villarrealu skromnie pokonała Herculesa Alicante, przerywając fatalną serię czterech meczów bez wygranej. Gola na wagę trzech punktów zdobył niezawodny Giuseppe Rossi.
El Madrigal to ligowa twierdza. Piłkarze trenera Garrido nie przegrali tam meczu w tym sezonie (rzecz jasna, nie podejmowali jeszcze Barcelony). Teraz, po dwóch kolejnych domowych remisach Villarrealowi przyszło zmierzyć się z lubującym się w pokonywaniu drużyn z czołówki Herculesem. Na szczęście dla miejscowych kibiców, Garrido posłał do boju jedenastkę najmocniejszą z możliwych. Esteban Vigo musiał postawić na kilku zmienników. Zabrakło między innymi Nelsona Valdeza, zastąpił go dobrze znany ciut starszym kibicom Javier Portillo, który swego czasu strzelał gole po podaniach Zidane’a i innych „Galaktycznych”.
Pierwsza groźna sytuacja meczu miała miejsce już w 45. sekundzie, kiedy to Santi Cazorla groźnym strzałem wykończył krótką i efektywną wymianę piłek z Borją i Canim. Piłka nieznacznie minęła słupek bramki Calatayuda, ale przyjezdni mogli czuć się ostrzeżeni – Villarreal nie będzie kalkulował. W okolicach 7. minuty spotkania gospodarze mieli trzy kolejne dobre okazje bramkowe, najpierw Calatayud zatrzymał szarżującego Rossiego, potem obrońcy „zdejmowali” z głów piłkarzy Villarrealu idealne dośrodkowania Cazorli. Asturyjczyk był z pewnością najjaśniejszą postacią pierwszych minut meczu. Kolejne minuty to zdecydowana przewaga gospodarzy, którzy rozgrywali piłkę w okolicach środka boiska i raz za razem posyłali prostopadłe podania do napastników. Najpierw sędzia odgwizdał (niesłusznie chyba) spalonego Rossiego. Potem o spalonym nie było już mowy, Włoch dostał podanie od Caniego, świetnie opanował posłaną lekko za plecy futbolówkę i popędził na bramkę Calatayuda. Pokonał go ładnym, pewnym strzałem i wyprowadził Villarreal na w pełni zasłużone prowadzenia.
Co ciekawe, po golu miejscowi się nieco cofnęli, pozwalając Herculesowi na przeprowadzenie kilku groźnych akcji. Wszystkie przerywał świetnie dysponowany weteran Marchena. Przyjezdni szukali swojej szansy w atakach lewym skrzydłem, gdzie grał niezbyt pewny dwudziestolatek Mario. Reszta obrony Villarrealu była bezbłędna.
Gdy podopieczni Juana Carlosa Garrido przechodzili do ataku, grali, mówię to z pełną odpowiedzialnością, ładniej niż Barcelona. Szybko, dokładnie, odważnie, kreatywnie… Nic, tylko patrzeć i podziwiać. W 36. minucie meczu powinno być 2:0. Gdyby tylko Cani podał kilka sekund wcześniej, Rossi nie musiałby oddawać akrobatycznego strzału, miałby o kilka metrów więcej i z pewnością pokonałby Calatayuda. Hiszpańskiego portero trzeba pochwalić, zrobił co do niego należało.
W okolicach 40. minuty Hercules przekroczył 900 minut bez gola na wyjeździe. Wynik równie spektakularny co przygnębiający.
W pierwszej połowie stroną wyraźnie lepszą był Villarreal, w którym wreszcie doskonale funkcjonował zadziwiający kolektyw środka pola. Wreszcie starał się ktoś więcej niż tylko Borja Valero.












